Od poniedziałku zacznie się od nowa, od nowa polska ludowa. A ja w przerwie świąteczno – noworocznej nawet nie zajrzałem do jednej książki, pomimo iż obiecałem sobie systematyczność. Systematycznie co jedynie choruje. Dopiero co mi jedna grypa przeszła to tak zupełnie dla odmiany pojawiła się kolejna. Dla urozmaicenia. Na szczęście obyło się bez antybiotyków i zwolnienia.
Dobrą stroną medalu moich przeziębień, jest fakt, że chłopcy nauczyli się i doszli do mistrzowskiej wprawy w robieniu grzańca, zarówno na winie jak i piwie. I o ile w przypadku wina mogli to jeszcze jakoś przeboleć o tyle na grzane piwo patrzeć nie mogli.... aż sami nie spróbowali :P
Podobnie sprawa się miała w przypadku, zastania mnie w kuchni (zamiast pod pierzyną), krojącego cebulę.
- Co Ty wyprawiasz? - zapytał ze zdziwieniem Tom. - Syrop. - odpowiedziałem, nie przerywając krojenia. - Jak to syrop? Z cebuli? - Yhy...najlepszy na świecie, bo domowy.
Przez jakiś moment próbował się czegoś więcej dowiedzieć o syropie z cebuli, ale szybko zrezygnował, widząc, ze męczy mnie zbędnymi w tym momencie pytaniami.
- Niebawem będzie gotowy, to spróbujesz. - odparłem, udając się z powrotem wtulić się w nagrzaną i rozłożoną na cały weekend z okazji mojego przeziębienia sofę w salonie.
Matt, skakał pilotem z kanału na kanał, mało zainteresowany syropem cebulowym. Jednakże Tom z częstotliwością co 5 minut, pytał czy syrop już jest gotowy.
(Are we there yet? No! Are we there yet? No! Are we there yeeet? Noooooo!)
Wiedziałem, że w końcu musi Mu się znudzić. Nie myliłem się i po półtorej godzinie oświadczyłem, że syrop gotowy. Tom, nie pytając o nic wyskoczył spod koca i chwilę później przyniósł salaterkę w której wcześniej pokrojoną cebulę zasypałem cukrem. Podniósł spodeczek, który salaterkę przykrywał i zrobił smutną minę, niczym zawiedziony pięciolatek.
- Tylko tyle? - zapytał, obracając salaterką dookoła, spodziewając się, że pod warstwą cebuli uda Mu się znaleźć coś więcej aniżeli kilka łyżek syropu. - Tom, ale to nie fabryka. Czego się spodziewałeś?
Tom był zawiedziony, nie wiem czy spodziewał się ujrzeć jakiś cud czy też wylewający się syrop brzegami.
- Spróbuj! - powiedziałem, trzymając łyżeczkę z syropem przed Jego ustami. - Nie chcę! - odburknął. - Spróbuj i nie marudź! - już nawet nie namawiałem, po prostu wsunąłem mu łyżeczkę do ust, które były wykrzywione w grymasie, jeszcze zanim zdążył spróbować.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Jego grymas przeistoczył się w uśmiech, usta i język delektowały się zawartością łyżeczki, cmokając i domagając się więcej.
- Pycha! - wykrzyknął. - A nie mówiłem? A teraz, skoro już wiesz jak się robi, to zasyp cebulę ponownie cukrem i przykryj. Za jakiś czas będzie kolejna porcja. I wracaj szybko pod koc, ktoś musi mnie ogrzać.- odparłem, spoglądając na Matt'a, który w tym samym momencie odłożył pilota i mocno mnie przytulił.
Chwile później Tom uczynił dokładnie to samo.
Chłopcy, znając już skutki samego grzańca i bitwy z grypą, przygotowali się nader porządnie. W skład amunicji wchodziły: Aspiryna, polopiryna C, termometr, chusteczki jednorazowe – sztuk 300, witamina C – 1000 jednostek, Gripexs, Strepsils oraz maść rozgrzewająca. W skład amunicji ciężkiej: Grzaniec (na przemiennie z wina i piwa), syrop cebulowy, kilka zmian bielizny, którą można było i tak zmieniać i wyżymać co 5 minut. W skrzydle szpitalno - rozrywkowym znalazła się książka i laptop.
Chłopcy wtuleni we mnie, zasnęli, a ja w międzyczasie, korzystając, że nie mam zbyt wysokiej temperatury, postanowiłem zadbać choć trochę o bloga.
Mam nadzieję, że do jutra mi przejdzie i nie będzie większych problemów z powrotem na uczelnię, bo nie chcę i nie mogę sobie pozwolić na dłuższą przerwę. Po prostu, nie wyrobię się w czasie z materiałem, kolokwiami i egzaminami. A to ostatnia rzecz, której pragnę.
Zatem zdrówka!
ps. przeziębienie (do czego doszedłem z czasem - teraz!!!) nie wzięło się znikąd, ale z piątkowego wyjścia z Matt'em.. ale o tym może kiedy indziej :P
Sylwestrowy koleś rozjebał mnie maxymalnie. Pozwoliłbym mu na dosłownie wszystko, ale co z tego. Z jednej strony było: Bierz go, z drugiej: Przemyśl, a z trzeciej: Rób jak uważasz.
Uważałem! Serio!
Mariano, jak się okazało po ... hmm (i tu pytanie po ilu?) .. to rodowity Brazylijczyk od niespełna dwóch tygodni w UK.
Po kolejnym (a może kolejnych razach) wspólnie doszliśmy do wniosku, że mamy dosyć tej imprezy i dobrze by było się ulotnić. A gdzie lepiej się ulotnić nad ranem jak nie do mojej sypialni? Takie miejsce nie istnieje :P
Taksówkarz, który doprowadził mnie do kurwicy jest mało ważny w tym momencie. (przydało by się kilka lekcji angielskiego) I po kwadransie wyjaśnień gdzie chcemy jechać i po kolejnym pokazując „ręcoma” prawo i lewo, w końcu udało dojechać się nam na miejsce. Co zwykle zajmuje 15 minut.
Obaj staraliśmy się opanować. Jednakże na marne nasze wszelkie opieranie.
Nie zdążyliśmy wyjść z taxi, gdy nasze usta, zachłannie czerpały korzyści wzajemnie. Jestem pewien, że gdyby nie mróz ogólnie panujący, nie potrzebowalibyśmy nawet mojej sypialni.
Ale w sumie dobrze, że mróz był. Po przebudzeniu nie miałem odruchu wymiotnego, Mariano, jak był wcześniejszej nocy, niczym z bajki tak nadal był (jest), tyłek mnie napierdala nadal (czyli alkoholowe wymiary pozostały w normie), śniadanie ( o ile tak to można nazwać siedząc na jego kutasie) wypadło znakomicie..
Nie bez przypadku zapodałem ten kawałek, nie dosc, że nuta wpada w ucho to do tego ten refren. A przed refrenem ostrzegam. Zwłaszcza w najmniej oczekiwanym miejscu i w najmniej zainteresowanym towarzystwie (czyt. trwamwaj)
Wszystko ma swój umiar. I wcześniej czy później nadmiar musi się w jakiś sposób uzewnętrznić. W moim przypadku nawał pracy, miliony egzaminów i kolokwiów, wieczna bieganina i walka z czasem dała znać o sobie najpierw w postaci przeziębienia w drugi dzień świąt, aż w końcu na grypie, zapaleniu płuc i antybiotykach skończywszy. Dzień przed Sylwestrem!!!
Na szczęście Tom i Matt, powiedzmy bezinteresownie ☺ ,ale bardzo profesjonalnie się mną zajmują i obchodzą jak z jajkiem. Nie to abym narzekał, wręcz przeciwnie ;) A sama bezinteresowność kończy się w łóżku. ;)
W poniedziałek miałem pracować jedynie od 8-ej rano do południa. Gdy w końcu udało mi się dotrzeć po 9-ej wieczorem do domu, kolacja i gorąca kąpiel była gotowa. Chłopcy naprawdę się starają i bardzo dobrze im to wychodzi. Są tacy kochani.
*****
Matt'a poznałem, a właściwie poznaliśmy z Tom'em poprzez Facebook'a. Takie połączenie NK, Fellow i MySpace w jednym. Miejsce w sieci od którego jestem całkowicie uzależniony i nie wyobrażam sobie dnia aby tam nie zajrzeć.
A sam Matt to 28-o latek, oryginalnie z East Coast, na stałe zamieszkały w Dancaster, a ostatnio w moim mieszkaniu :P Po wielu godzinach wspólnie przegadanych przez różnego rodzaju komunikatory, telefony, chaty itp. wspólnie z Tom'em postanowiliśmy się spotkać z Matt'em.
Matt okazał się osobą przede wszystkim wesołą, mającą wiele do powiedzenia w każdym temacie a co za tym idzie nie mającą klapek na oczkach. Szczerość i nie owijanie w bawełnę to z pewnością Jego atut. Jeśli coś Mu się podoba to wyraża to uśmiechem i radością, jeśli coś się nie podoba, potrafi nawet krzyczeć z niezadowolenia. Ponadto, jak rzadko kto, Matt należy do osób, które najczęściej zdobywają to co osiągnąć chcą. I mam nadzieję, że kiedyś zdradzi mi swoje tajniki.
*****
Nasze pierwsze, wspólne spotkanie miało miejsce w Lion's Liar, a że był to środek tygodnia to i tłumów nie było i można było pogadać. Dość nieśmiała z początku rozmowa szybko przerodziła się w śmiechy, żarty i dowcipy, których końca nie było. Podobnie jak tematów-rzek, plotek i ploteczek. A rozmawiało nam się tak swobodnie i tak przyjemnie, że nie spostrzegliśmy się gdy było zdrowo po północy i wszyscy przegapiliśmy ostatni pociąg Matt'a do Dancaster.
Nie musieliśmy się już nigdzie spieszyć, ale widziałem lekkie zdenerwowanie w oczach Matt'a, które trwało aż do 3-ej nad ranem, kiedy to nie szturchnąłem Tom'a pod stołem i nie puściłem do Niego oczka. Tom za kumał od razu.
- To co? Jedziemy do mnie? Trzeba się trochę przespać. - Właściwie sam podjąłem decyzje, nie pytając nikogo o zdanie. - Dobrze by było. - Wtórował mi Tom.
Na twarzy Matt'a pojawiło się pełne rozluźnienie – powiedzmy spowodowana kilkoma browarami ☺ - ale i tak wszyscy wiedzieli jak ta noc się skończy.
Taxi, szybka kolacja, prysznic i cała nasza trójka wylądowała w końcu w sypialni. Wszyscy się wiercili, i choć wszyscy byliśmy podnieceni to żaden z nas nie odważył się podjąć kolejnego kroku, aż do momentu kiedy to Tom, który leżał od ściany, nie zechciał mnie pocałować „na dobranoc”, musząc to zrobić przez leżącego pośrodku nas Matt'a. Pocałunek przerodził się w pieszczoty, a sam Matt, nie pozostał bierny i dołączył do nas szybciej niż się spodziewałem. W międzyczasie zapytałem Matt'a jedynie:
- Czy przegapienie pociągu było tak zupełnie przypadkiem? - Nie do końca... - usłyszałem w odpowiedzi, którą i tak znałem dużo wcześniej.
*******
Wstałem po 8-ej. Nie to, że nie chciało mi się spać... ale Matt ma jedną słabość. Chrapie gorzej ode mnie. Chciał nie chciał, zazdroszcząc Tomowi tak mocnego snu, udałem się na dół do kuchni i przygotowałem kawę. W międzyczasie musiałem wyjść po papierosy, które mi się właśnie kończyły , a co za tym idzie postanowiłem zajrzeć do piekarni po świeże pieczywo.
Nikogo od dawien dawna, nie przeraża już widok mnie w bokserkach, papuciach i szaliku. Ivy w kiosku zapytał jedynie czy chcę jedną czy od razu dwie paczki papierosów, zdziwiony jednocześnie, że biorę 6 pint mleka. ( tak tak.. w tym kraju, mleko, jest w KAŻDYM sklepie, nawet w obuwniczym) (Joke!)
4 paczki papierosów i 6 pint cięższy udałem się do piekarni, w której bułki maślane wydały mi się najświeższe. Nie myliłem się. Nadal były gorące i chrupkie.
Obładowany, wróciłem do domu. Kawa skończyła się parzyć i pachniała w całym domu. Sam zabrałem się za ulubioną od pewnego czasu zupę mleczną Tom'a.
Przed 9-ą rano postanowiłem przerwać sielankę, wszedłem na górę do sypialni i .. i mnie rozwaliło. Widok, który zastałem rozwalił mnie maksymalnie. Dwa Cherubinki, Aniołki, mocno wtulone w siebie. Widok zapierający dech w piersiach. I jak tu im przeszkadzać?
Usiadłem na brzegu łóżka i zacząłem na zmianę, to jednego to drugiego, łaskotać. Łaskotki okazały się najlepszym sposobem na dobudzenie obu i ....
Godzinę później, szczęśliwy i podwójnie przerżnięty tego poranka, doszedłem (tj. doszedłem trzykrotnie :P ) do wniosku, że cholernie podoba mi się taki układ. Że potrafimy się sobą dzielić nawzajem i że żaden nie jest zazdrosny o drugiego. Układ idealny.
A w Nowym Roku życzę Wszystkim jak najmniej obietnic i przyrzeczeń na rok 2009. Im ich mniej tym mniej rozczarowań, a rozczarowań nie życzę nikomu!
Sam już nie wiem, czy to przychodzi z wiekiem, z doświadczeniem czy też z najzwyklejszym brakiem powodu. Święta z roku na rok stają się dla mnie mega komercją nie mającą nic wspólnego ze świętami, które pamiętam z dzieciństwa. Ogólny, przedświąteczny szał zakupów, tłumy wylewające się z i do sklepów, tłumy na ulicach, w autobusach, tramwajach i lokalach wszelakich. I gdzieś pośród tego wszystkiego JA starający się odnaleźć zatraconego Ducha Świąt Bożonarodzeniowych. Nie jestem katolikiem, ba! nie jestem wierzący (no chyba, że wiarą jest wiara w samego siebie?). Ale święta do pewnego momentu traktowałem jako swojego rodzaju tradycję. Jednakże, gdzieś, jakoś straciłem przekonanie, że święta to dni inne od pozostałych. Że to dni szczególne. Specjalność i niezwykłość tych dni dostrzegam jedynie w dodatkowych dniach wolnych od pracy i uczelni. Wylegiwaniu się na sofie z pilotem w ręku, skacząc z kanału na kanał.
- Czy masz już ubraną choinkę? - Zapytał mnie Tom przez telefon, dwa tygodnie przed świętami. - A czy ja wyglądam na wariata? No może trochę... ale po pierwsze nie mam na to czasu, po drugie nie mam czasu a po trzecie nawet jeśli, to nie ubiorę jej wcześniej jak w wigilię. - odparłem.
Taka sytuacja miała miejsce jeszcze dwa razy, aż Tom w końcu zapytał, gdzie trzymam choinkę i wszelkie ozdoby. Z zadowoleniem przyjął wiadomość, że na poddaszu. Temat ubierania choinki był zakończony.
Me...gangsta... nie podskakuj :P :P :P
Choinka to kolejny komercyjny trick, który nie dość, że zajmuje kupę miejsca, to do tego wymaga poświęcenia mnóstwa czasu, a z tym u mnie ostatnio baaardzo krucho. Właściwie w ogóle go nie mam.
Z tegoż samego powodu, menu świąteczne składa się przede wszystkim z półgotowych bądź gotowych wyrobów i przetworów, które można było dostać w polskim sklepie. Nawet do głowy by mi nie przyszło, stanie i lepienie pierogów z kapustą i grzybami, ewentualnie kręcenie maku na tort makowy. Z potraw, których nie mogło zabraknąć na stole a których nie można było dostać gotowych była ryba po grecku, sernik pieczony z bakaliami oraz barszcz czerwony (uszka już kupne:☺ ) Karp, którego uwielbiam i pomimo iż mrożony, jak co roku smakował wyśmienicie.
Jak co roku, gdy dochodzi do tematu prezentów, wspólnie z braciakiem dochodzimy do wniosku, że każdy z nas kupi sobie to co najbardziej potrzebuje lub najbardziej się podoba. Tak też było i w tym roku.
*******
Weekend przed wigilią odbyła się pracownicza impreza świąteczna. O wypitym darmowym alkoholu nie wspominam.( Na początku grudnia wypowiedziałem pracę na rzecz nowej, jednakże po dwóch wielogodzinnych rozmowach, wyjaśnieniach sytuacji, namowach, przekonaniach i błaganiach na extra podwyżce skończywszy postanowiłem dać im i sobie jeszcze jedną szansę. Postanowiłem zostać.. i tylko czas pokaże czy dobrze zrobiłem?!) Wszyscy się świetnie bawili, jednakże część z nas postanowiła się po pewnym czasie przenieść do bardziej branżowego lokali i tak wraz z Reesche'm, Matt'em i Eliiz wyruszyliśmy na weekendowy podbój klubów gejowskich. Zaczęliśmy od Affinity do którego było najbliżej. Kilka kolejnych drinków i wraz z Elizz przejęliśmy parkiet na własność. W dosłownym znaczeniu tego słowa. Nikt nie odważył się wyjść i nam przeszkadzać. Byliśmy w centrum uwagi i na językach wszystkich. Czyli coś co uwielbiam ☺☺☺
Przed drugą w nocy doszliśmy do wniosku, że czas i pora na zmianę lokalu. Lista obecności w Affinity podpisana. Szoł odstawione... czas na ciąg dalszy :)
Po kilkunastominutowym spacerze udało nam się w końcu dotrzeć do Dempseys. Kolejka przed wejściem była koszmarna, postanowiliśmy skorzystać z wejścia dla VIP'ow i chwilę później byliśmy już w środku. Od razu udaliśmy się na górny poziom gdzie impreza trwała na całego. Parkiet i klatka pękały w szwach. Bary oblężone przez tłumy spragnione kolejnego drinka, w tym i naszą czwórkę. Gdy w końcu udało się i gdy w rękach trzymaliśmy nasze napoje od razu udaliśmy się na parkiet. Wszyscy mieliśmy już nieźle w głowach, ale nikomu to nie przeszkadzało na wyginanie się. Wręcz przeciwnie, na zmianę każde pokazywało co potrafi wyczyniać ze swoim ciałem w takt muzyki wydobywającej się z głośników przy udziale stroboskopa i innych laserowych urządzeń świetlnych. Zabawa trwała na całego.
Za pierwszym i drugim razem udawałem, że nie dostrzegam Jego spojrzenia, ale On nie spuszczał ze mnie wzroku. Nie wytrzymałem i podszedłem do Niego, łapiąc w pół, nawet nie zapraszając do wspólnego tańca, porwałem nas w wspólne szaleństwo tej nocy. Nie opierał się. Oddał się bez słowa. Nie opierał się również gdy moje usta zbliżyły się do Jego ust. I w tej pozie spędziliśmy resztę wieczoru, gdzie nasze usta właściwie się od siebie nie odrywały, zarówno na parkiecie, jak i w klatce jak i przy barze jak i w toalecie.
- Jak masz na imię – zapytałem w końcu. - Konrad – usłyszałem w odpowiedzi, nie kojarząc i nie zdając sobie sprawy z tego co się dzieje wokół mnie.
Papieros, drink, drink, papieros i ponowne pytanie jak ma na imię.... akcent bynajmniej nie był brytyjski.
- Skąd jesteś? - zapytałem. - Z polski – usłyszałem w odpowiedzi. - Zatem czemu rozmawiamy po angielsku? - odpowiedziałem spoglądając Mu w oczy. - Nie mam pojęcia. - Właściwie wyjąkał z siebie nie spodziewając się rodaka.
Nasze usta ponownie przywarły do siebie, podobnie jak nasze ciała. Resztę nocy spędziliśmy w swoich ramionach.
*******
Przed 5-ą nad ranem wychodząc na papierosa wraz z Konradem zobaczyłem zapłakaną Ellie. Na pytanie : co się stało, odpowiedziała: że gnój Ją zwyzywał i wkurwił niemiłosiernie. Reesche próbował załagodzić sprawę, ale ja przejąłem pałeczkę i zaprosiłem koleżkę za róg aby „pogadać”. Niespodziewanie strzeliłem go w ryj, ten się jedynie osunął na ziemię, z niedowierzaniem w oczach podniósł się i uciekł. I tyle go było widać.
- Naucz się chuju traktować DAMY z respektem – przeszło mi przez myśl – w końcu jestem jedną z nich!
Wszyscy to widzieli ale wszyscy udawali, że nic się nie stało. Ja również. Ma gówniarz nauczkę. Następnym razem przytemperuję języczek. I będzie uważał z kim ma do czynienia.
*******
Pożegnaliśmy się ze wszystkimi po 5-ej rano. Nie wypuszczając Konrada z dłoni i prowadząc najdłuższą znaną mi trasą do taxi – czyli przez całe miasto -doszliśmy do katedry. W przeciągu całego swojego życia nie usłyszałem tylu komplementów co w trakcie tego spaceru.
To co że mój Mikołaj miał zaledwie 19 lat???
*******
Czy kiedykolwiek poczuliście uczucie PRZYJAŹNI od pierwszego spojrzenia? Nie, nie miłości.. Przyjaźni?! Nie? Żałujcie! Ja i Ellie to właśnie taki przypadek. Przypadek gdzie wystarczy wspólne spojrzenie i wszystko jest jasne. Coś niesamowitego i coś wspaniałego. Coś, czego życzę każdemu.
*******
Wigilię, pomimo iż miałem mieć wolną spędziłem w pracy. Zabawiłem się w świętego mikołaja, urządzając zbiórkę na general managera czyli na Reesche'go. Ten się popłakał jak dziecko nie spodziewając się niczego. Takie chwile i momenty warte są każdej ceny. Nawet poświęcenia swojego dnia wolnego od pracy.
*******
Po wigilijnej imprezie w pracy udałem się wprost na dworzec skąd miałem 20 minut do Dancaster i do Matt'a S. (długa historia i nie na dziś)....
******* Jest piątkowy (świąteczny) wieczór, który spędzam w wyrku, pod opieką Tom'a który dziś wrócił z Manchesteru. Z temperaturą, osłabiony, i z jedyną myślą : kiedy w końcu mi przejdzie? Ale wiem ,że z TAKĄ opieką przejdzie mi szybciej niż się spodziewam.
******
Na święta miałem i nadal mam ubraną choinkę, pod którą znalazłem cudowny prezent, i choć cudowna osoba nie mogła spędzić ze mną całych świąt to ostatni dzień opiekuje się mną niczym dzieckiem i każda moja zachciewajka jest spełniona. Czy powinienem wymagać od życia i od innych czegoś więcej? Może jedynie tego aby uwierzyli w Ducha Świąt Bożonarodzeniowego.
Za oknami zima w pełni, dlatego na długie, zimowe wieczory przy kominku, proponuje film pt: "DOSTANA"
Dostana to historia o dwóch mężczyznach, Sameerze (Abhishek Bachchan), który jest pielęgniarzem, Kunal'u (John Abraham) który jest fotografem, kobiecie Nehi (Priyanka Chopra), która pracuje jako stylistka i mieszkaniu. Sam i Kunal wpadli na siebie, podczas poszukiwania mieszkania do wynajęcia, ostatecznie wybrali to samo miejsce. Oboje z niego zrezygnowali, gdyż właścicielka chciała wynająć je dziewczynom, które zamieszkają z jej siostrzenicą, Nehą Melwani. Sameer wpadł na pomysł aby wraz z Kunal'em udawali, że są w sobie zakochani, wtedy będą mogli pozostać w mieszkaniu. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, do czasu gdy znaleźli się w nieco kłopotliwej sytuacji. Neha, stwierdziła, że są gejami.
Wcale nie musisz dodawać tego bloga do ulubionych. Wcale nie musisz dodawać tego bloga do czytanych na swoim blogu. (Choć wiem, że czytasz regularnie!)
Masz coś do powiedzenia – powiedź.
Masz coś do dodania – dodaj.
Masz coś do skomentowania – skomentuj.
Ale zrób to na blogu, bo bloga to dotyczy. Nie ukrywaj się pod pseudonimami / nickami / imionami z kosmosu.
Wiem i zdaję sobie z tego sprawę, że dodanie tego bloga do czytanych na swoim blogu może spowodować pewne konsternacje i wielkie „hallo” wśród Twoich odwiedzających, ale, albo jesteśmy szczerzy i coś czytamy i tym samym dzielimy się tym z innymi albo o kant dupy to wszystko rozbić.
I jak kurwiłem – tak kurwić będę. I jak się puszczałem – tak puszczać się będę. I jak byłem sobą tak sobą pozostanę, niezależnie od tego czy Ci się to podoba czy nie.
Jestem sobą i jednym się to podoba innym wręcz przeciwnie - ale to już nie mój problem.
************
I would rather die misunderstood than spend the rest of my life trying to explain myself...
************
Never try to change me... just like me the way I am...