wtorek, 8 lutego 2011

Się przyznać muszę

Przyznam się do czegoś - nigdzie, ale to nigdzie na świecie, kawa nie smakuje mi tak jak w domu. W samotności, w ogrodzie, walcząc z nieśmiałymi, wiosennymi promieniami słońca, chowając się za okularem czy kapeluszem, nie myśląc o niczym, rozkoszując się chwilą ze sobą. Tak jak umysłową ciszą pomasturbacyjną. Nie lubię mówić po orgazmie. Rozgrzane ciało jest zbyt leniwe, aby wyduszać z siebie i tak zbędne słowa, głoski, sylaby, chyba, że po jednorazówce, kiedy resztkami przytomności umysłu mam ochotę powiedzieć: "No już, spierdalaj", co brzmi trochę jak jęk, który wydaję z siebie kiedy dochodzę.

Jestem po trzydziestce i dla dwudziestolatków jestem w stanie rozkładu. Dla obecnych trzydziestolatków jestem zaś w niewystarczająco zaawansowanej formie rozkładu. Cioty, pedały - upudrowany ryj, umysł traktorzysty. "Nosisz Ray Bany!". So? "To takie ciotowate". Dobrze, że oni nie wyglądają jak cioty kiedy na czworaka przyjmują czyjegoś gnata w dupę ze spustem przez jelita. Większość pedałów to buraki cukrowe które zdają się tylko na jedno - starcie.

Od pewnego czasu zastanawiam się czy ja jestem zdolny do jakiejkolwiek miłości. Czy przemawia przeze mnie sama idea bycia zakochanym, czy może ta prawdziwa chęć związania się z kimś czy może ten cudowny, rozrywający klatkę ból, który przychodzi w momencie kiedy stoisz na granicy słowa "ja" i "my". I pytasz sam siebie czy jeszcze jesteś sobą, czy jesteś już "nami". Czy ja boję się utraty swojej nieposkromionej wolności? Bo ja tak naprawdę przecież uciekam przed związkami. Wiążę się na odległość, niedbale, bylejak, na szybko i na teraz, dla samej idei bycia zakochanym (?), bycia z kimś. Substytut miłości. Emocje są, jest lekki rausz, posmak nowości, nie ma miejsca na zranienie. Okay, jest, ale płytkie jak zadrapanie tipsem po dupie, więc goi się dzień, może dwa. Nie wiem nawet czy podświadomie nie wybieram sobie tubylców. To by było zabawne - mój łeb jak radar - nie, tym razem nie, za blisko, za bardzo podjarany, za szybko pierścionek zaręczynowy. Jestem masochistą. Fakt ten nie podlega już żadnej dyskusji czy to w samotności czy na spotkaniu anonimowych S/M. Zawsze wiedziałem, że jestem sam dla siebie najlepszym psychoterapeutą.



A dla ciotek traktorzystek w ramach rehabilitacji jelitowo-odbytowych...Let's strike a pose :)

środa, 26 stycznia 2011

Wez sobie, kurwa, te frytki za darmo

HIM 26 January at 22:05
hi i can never love you again same as you feel for me or i still feel right now for you.........ya know we dont ,.....we cant do it......,,,,,,but special moments like zoo and cremo i cant forget.......hate me and never speak again.......ffs but i put a candle on that grave.....we will always be apart and i accept you will always be part of my life.....hate me or not but i miss waking up and cuddling ya .

ME 26 January at 22:18
XXX, you know i always give 3 chances to anyone...you used all of 'em.... there's no any chance we will be together.... cos' i don't wanna to...now, finally i'd find a peas of mind and i'm chillax completly...don't try to make it harder.

ps. i don't hate you ...i just cannot love you and be with you anymore.

HIM 26 January at 22:41
i actually still really love you and would die before you.........of high service i remember like yesterday...........you may hate it but if i dont come home to you cooking for me what else is left ?! .

HIM 26 January at 22:49
also never knew ya give 3 chances to anyone,,,,,,,,, never told me that......never want you back but miss the cuddles n wake up withsome sexy like you........knew i could never satisfy u other ways x .

ME 26 January at 22:54
u're drunk again....inbox me when ya sober...

how ever..if you miss the cuddles and wakey up with some one just find someone else just like i did .





wtorek, 25 stycznia 2011

A frytki gdzie?

Człowiek uczy się całe życie. Ja się uczę też ślizgając się na własnym gównie. Lądując w nim po pachy, a potem się wycierając z niego i lądując w nim znowu, bo przecież do mnie nie dociera intensywność syngalizacji świetlnych i jestem myślowym daltonistą. Nie rozpoznaję romansu, nie rozpoznaję miłości, o ich definicjach w ogóle nie będę wspominał, a rozróżnienie ich przychodzi mi tak samo trudno jak wspomnianym daltonistom. Gdyby na świecie istniała miłosna policja to chyba codziennie za moje rozmyślunki dostawałbym mandat, punkty karne, albo najzwyczajniej w świecie byłbym przez nich każdego dnia brutalnie pałowany wręcz do nieprzytomności.

Jestem mistrzem w zjebywaniu dobrze zapowiadającego się obiadu. Danie wjeżdża na stół, a ja na to: Kelner, tu jest włos, proszę podać mi inne. Bo ja tak naprawdę nie wiem czego chcę. Nie wiem w zasadzie, czy uda mi się zbudować sensowną notkę z jakimś wstępem, ciałem i zakończeniem, wszak znowu zedrę z siebie skórę i obejrzę wnętrzności i kości. A te wnętrzności zbyt zdrowe z pewnością nie są. Bo u mnie to jest tak, że ja się reflektuję, że coś mogło być fajnego po czasie, po ptokach. A jak coś fajnego może się wydarzyć to ja nie, tupię nogą, kręcę nosem i jednak nie chcę prasować koszul, trzymać się za ręcę publicznie, całować na ulicy mimo że minut wcześniej pięć wydawało mi się, że tego właśnie chcę. Kiedy słyszę słowo "związek" widzę splecione ręce, porozpierdalane skarpety (nie wiedzieć czemu, do nosa natychmiast dociera mi ich woń) i rozmowy - "ja w wannie on na kiblu i gadamy o polityce".

Uciekam w przypadkowy seks, bo nie niesie za sobą nic więcej prócz wymiany kilku czułych gestów i płynów. Czasami numerów telefonów. I niby wcale nie chcę tak żyć, ale jak pomyślę, że mam się przed kimś otworzyć, pokazać siebie, rozebrać się emocjonalnie to pękam, jeżę się i zamieniam w kamień. Albo kostkę lodu. I wycofuję się pięknie dziękując. Ale chyba mam nadzieję, że ten ktoś jednak powalczy, popróbuje stopić, zamknąć w dłoni... Ino komu się chce?Ludzie nie mają czasu na pracę nad innymi ludźmi. Może kiedyś mnie pierdolnie, a może nie jestem zdolny do poświęcenia jakim jest miłość. Zaakceptuję to mimo że przy okazji poranię się nieziemsko, a moje ciało pod koniec żywota przypominać będzie jedną, pooraną bliznami ranę. Może wystrzelę jakim stygmatem z wrażenia albo serce pęknie mi z żalu, że głupi byłem całe życie. Bo zdrowi ludzie gonią za miłością, a ja przed nią wciąż uciekam. Kilka dni temu zdałem sobie z tego właśnie sprawę. Umówiłem się pocałunkiem na jutro na kolejną randkę. Kolejnym pocałunkiem ją zakończę i znowu się pewnie wycofam, zjeżę i podziękuję. I tak w kółko. I kiedy się zastanawiam, czemu jestem sam, odpowiedź nasuwa się sama - bom psychiczny. Schizoidalny odmieniec. Skondensowana kompilacja cech, które większość uważa za pojebane.

Wydaje mi się, że żebym był szczęśliwy, muszę być nieszczęśliwy. Muszę toczyć boje w głowie, w sobie i z kimś, obrzucać się gównem i kopać na leżąco, żeby były siniaki, krew i mocz. Żeby bolało. Bo ja jestem masochistą. Kiedy jest dobrze, kiedy ktoś o mnie dba, czule obrzuca komplementem to ja rączki razem, oczka w górę i paciorek i do Bozi natychmiast chcę, bo nie wiem co ze sobą zrobić. A jak ktoś nieosiągalny, traktuje mnie jak szmatę to pełnia szczęścia, marsz weselny w głowie, a pod okiem pizda. Czasami myślę, że najszczęśliwszy byłbym będąc ofiarą przemocy domowej albo i gwałtów.
-JEBS! Zupa jest za słona!
-To sam se chuju gotuj jak Ci nie pasuje!
-JEBS! JEBS! JEBUT O ŚCIANĘ.
To przerażające. A może to po prostu ja muszę zdobywać? Ale jak zdobędę, to odstawię. Nigdy też nie wezmę pod uwagę kogoś, kto da mi cień wątpliwości, że nie będzie do końca wierny. Nie chcę przedstawiać swojej połówki swoim ładniejszym znajomym, bo znajomi to kurwy, odbijają, próbują, a potem znikają z Twoim Big Mac'iem rzucając jeszcze bezczelnie: A gdzie frytki do tego?


In meantime, this tune shows exacly how i feel :) Ehhh...memories, memories :) Let's a paaarteyyy :)

niedziela, 23 stycznia 2011

Co by... aby by... wpasc :)

Życie bez internetu to nie życie. Ani pracy szukać nie można, ani dobrze konia zwalić, nie mówiąc już o umówieniu się na randkę. Ten wietnamski pizduś, ta pierdolona skośnooka ciota, ten ryżowy kutas, wyprowadzając się anulował kontrakt. Jakby trudno było zagadac i zapytać czy chcemy go przejąć. Decyzję podjął za nas. Jak mi to powiedział to miałem ochotę wypierdolić go tym modemem w tą porcelanową dupę, aż pogubi wszczepione w zęby diamenty. 18 dni bez internetu. Takie rzeczy to tylko tutaj. I tu zaskoczenie - bo w Polsce podłączają go w ciągu 24 godzin. W UK jak zwykle - soon.

Uzależniłem się od masturbacji. Walę konia od 2-9 razy dziennie w zależności od humoru. Czasami dwie godziny, przerywając przed dojściem, co sprawia mi nieziemską rozkosz. Jak tak dalej pójdzie osiągnę zen w nie-dochodzeniu i stanę się ruchaczem Terminatorem, aż będą błagać żebym przestał. (Gdybym tylko byl aktywny...)

Nie wiedzieć czemu, kręci mnie ta wizja. Były lokator zostawił mi na pamiątkę karton z pornolami, ale tak kiepskimi, że wolę przywoływać w pamięci lata bogate w dymanie, spuszczanie, lanie i inne ''..nie'' ...choc tych ostatnich na palcach jednej reki mozna by policzyc :).

Bo na przykład - wietnamskie pornole są pixelowanie. Najzwyczajniej w świecie zamiast chuja widać pixele. Może kręci to jakich fanów Tetrisa, ale mnie niekoniecznie. I ten główny ogier dyma wszystkich w okularach przeciwsłonecznych, takich dla technomaniaka z Manieczek. Jestem w stanie to jeszcze zrozumieć, odgradza się od tej brzydoty, która daje mu dupy i jak Kora pewnie myśli, że jest teraz artystą wierzgającym wiertłem w gównie. Jednak jak zaczął dymać kolesia w stroju płetwonurka (google do nurkowania i czepek) to wysiadłem i prawie się własną sliną udławiłem ze śmiechu. Reszta tych porno cudów nie lepsza, prawie niema. Koleś wali drugiego w dupę z całej siły, a tamten ni słowa, ni jęku. Taki rozjebany, czy udaje prawdziwego mężczyznę co to przyjmie każdy kaliber bez słowa?

W związku z trwającą, a raczej gleboko mi wmowiona depresją oraz ''miłosnym'' szambem dookoła, odciąłem się od wszystkich. Nie odbieram telefonów XxX, bo on ma chłopaka, a ja się nie spotykam ze sparowanymi (zazwyczaj). Odwieczna zasada numer 1, której nie złamię, bo ja nie chcę, żeby to się przytrafiło mnie. Włochowi odmówiłem koleżeństwa, bo na niego lecę. 1999-temu oznajmiłem, że też nie będziemy kolegami, bo mi się podoba, z zezem czy bez i ja nie umiem koleżeńsko patrzeć jak zarywa innych, a potem mnie się tym chwali. O nie. Odpowiedzi się nie doczekałem, won. Ale, ale...

Dokonałem odkrycia przełomowego. Otóż 1999-ty nie był 1999-tym, a 1998-mym, co sprawia, że rasta-Jamaikan-taksówkarz Alfie robiący mi dobrze pod obiektem zwanym domem Boga ląduje na pozycji 1999. Jak do tego doszło? Ano, odkopałem na dysku listę kochanków i z przerażeniem odkryłem, że jednego delikwenta policzyłem dwa razy, bo pomyliłem go z imienia, ale ewidentnie chodziło o tego samego.
W końcu pamięta się ludzi na których w trakcie się zwymiotowało. Mniejsza o to. Zresztą to nie był wymiot tylko bełcik, a to różnica.

No i jestem sfrustrowany takim obrotem sprawy. Bo ten "zero/zero/zero" wyszedł tak ni z dupy ni z pietruchy, stało się, trafił do mojego TOP 10 (naprawdę!) i się pogodziłem, że już dwutysieczny, że się w nim nie zakocham, że on we mnie też nie, że ewentualnie spotkam go kolejny raz, zadzwonię by mnie zawiózł/odwiózł i co najwyżej puknie mnie kolejny raz. I mimo propozycji wielu co ja robię? Godzinę lub dwie przed sex mitingiem - odwołuję spotkanie, upijam się samotnie i idę spać.

Wszak jest ktoś kto mnie interesuje dość mocno, czyżby to była prawda z tym ''zerowym''? Zakocham się? Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia i cztery obciagniete laski w kiblach w klubach nie zdziwi mnie już doszczętnie nic. Jest jednak coś na rzeczy z tymi imionami: Jesus, Alfie, Hussein, ostatnio poznałem Ronaldo, a na przyszły tydzień umówiony jestem z Armandem (Van Heldenem?). Oczywiście nie pójdę. Poczekam, aż na ulicy wpadnę na Orlando. Może być Blooma :)

wtorek, 4 stycznia 2011

Na szybko

W zwiazku z przeprowadzka, instalacja broadband'u, linii telefonicznej itp itd, rozpakowywaniem, uporzadkowywaniem, i milionem innych pierdol, co najmniej do 20ego stycznia jestem poza zasiegiem bloga...czyli robta co chceta :)