wtorek, 30 września 2008

Ten tego ten.. o wszystkim i o niczym

Powinienem zacząć chyba przede wszystkim od spraw bieżących? Ok!

Zatem informuję wszem i wobec, że od dzisiaj jestem studentem Hallam Sheffield University na wydziałach : Filologia angielska, Hebraistyka oraz Iberystyka. Zajęcia zaczynam w środę 1-ego października.

Z jednej strony jestem podniecony i zadowolony z tego faktu, z drugiej zaś zastanawiam się jak pogodzić wszystkie obowiązki. Pożyjemy – zobaczymy ;)

Stan zrezygnował z pracy. Po prostu wyszedł któregoś dnia mega wkurwiony na James'a (mojego zmiennika) i tyle Go było widać. Ja się wkurwiłem na Stana, że nie potrafi pohamować swoich emocji i zachowań. Widzieliśmy się raz od tamtej pory. Stan żałuje i chciałby wrócić, ale polityka mojej firmy zakłada, że jeśli ją opuszczasz w taki sposób to na zawsze. Nie mam wpływu na to. Ale za głupotę trzeba płacić. Jest mi żal i szkoda, ale nic nie poradzę.

Kolacja z Liam'em była porażką. I pomimo świec, dobrego wina, świetnie przyrządzonej kolacji i wieloma romantycznymi filmami na DVD Temu nie podobało się, że mam uczucia i potrafię płakać na filmach. Tak! Do kurwy nędzy! Potrafię i robię to jeśli mam na to ochotę. Przepraszać nie będę! Po kolejnych docinkach z Jego strony – zwłaszcza na filmie pt: PS. I love you! - poprosiłem aby wracał do siebie. Tego wieczora nie pamiętam jak trafiłem do swojego łóżka. Czyżby wina było za mało? Bywa i tak :)

Zagadał do mnie na GG „R” - rozstają się z Jarkiem. To znaczy Jarek rozstaje się z nim. Nie wiem skąd miał do mnie namiary ale gadało się nam tak jakbyśmy się znali osobiście. Fajny facet. Świetny kumpel. Czyżby Jarek opowiadał Mu o mnie? Z tego co wywnioskowałem z wielogodzinnej rozmowy na GG tak właśnie było. Cieszy mnie to. Nie cieszy fakt, że się rozstają. Staram się zrozumieć Jarka, Jego sposób myślenia, podejścia do innych... ale nie potrafię. Pomimo tego wszystkiego szanuję Jego decyzję. Jedynie On sam wie co jest dla Niego najlepsze.

Ostatnia rozmowa z Jarkiem była co najmniej dziwna. Wydaje mi się, że musi odpocząć, odsapnąć. Przespać, przeczekać i przemyśleć wiele spraw. Uspokoić się i dojść do siebie. Tak bardzo chciałbym ponownie zobaczyć uśmiech na Jego twarzy.

A tak naprawdę chciałbym zobaczyć uśmiech na twarzy Jarka i „R” - razem - tak jak na jednej fotce, którą dostałem od „R”.

Wydaje mi się, ze obaj zasługują na szczęście. Na szczęście bycia razem. Nie! Nie wydaje mi się! Ja to wiem!

Jarek ponoć skasował linka do mojego bloga.... ale ja wiem, że zna go na pamięć. I, że za moment to przeczyta. I dobrze! Wszelkie próby ucieczki od uczuć, od osób które coś do Niego czują i tak spalą na panewce. Nawet nie „coś” - po prostu kochają Go całym sobą! I kochają Go za wszystko! Może nadejdzie taki dzień kiedy to zrozumie?

I choć miłość ma wiele imion, to ta pomiędzy Jarkiem i „R” wydaje mi się wyjątkowa! Nie można tego zaprzepaścić... zwłaszcza od tak sobie.

W sobotę, ponownie wybyłem w miasto. I ponownie utarte szlaki. Affinity, The Quarter, Dempsey's. W tym ostatnim spiłem się maxymalnie i nie bardzo wiedziałem co się w okół mnie dzieje.

Zanim jednak w ogóle gdziekolwiek wyszedłem obdzwoniłem blisko 30 osób. NIKT nie miał dla mnie czasu.

- Fuck them all! - to jedyna myśl jaka przyszła mi do głowy. - Kto lepiej niż ja sam poradzi sobie ze znalezieniem nowych kontaktów i znajomości? Nikt.

Z takowym nastawieniem wybyłem w miasto. I o ile Affinity i The Quarter jeszcze pamietam o tyle Dempsey's jakoś uleciał mi z pamięci... Jak to się mogło stać? Aż zachodzę w głowę? :P

Jednak jest co pamiętam pomiędzy The Quarter i Dempsey's. A mianowicie, że włączył mi się agresor idąc do ostatniego klubu. Jakieś polskie obwiesie widząc mnie idącego w kierunku klubu krzyknęli :

- Zobacz! Jaka ciota!

Nie pozostałem im dłużny.

- A nawet jeśli ciota? To co? Macie problem? - kopary opadły im do ziemi. Nie spodziewali się, że ktoś to zrozumie, a tu uups! - Bo jeśli macie to za 5 minut może tu być kolejne 30 ciot i tak wam wpierdolą, że zapomnicie jak się nazywacie. Życzycie sobie tego? Czy też wolicie problemy z policją? Bo i ta za to co powiedzieliście przykurwi wam 72 godziny w pierdlu. Przeprosicie czy wolicie problemy?

Kolesie nadal nie wiedzieli co powiedzieć. Ale w końcu dotarło do nich, że mogą mieć problemy. Przeprosili. Podali dłoń. Mój agresor wrócił w stan spoczynku a torebka na ramię.

Kocham ten kraj właśnie za to. W Polsce to ja musiałbym się tłumaczyć i przepraszać. O ile na tym by się skończyło?! Tu jest inaczej. Tu jest NORMALNIE!.

O 3-ej nad ranem byłem już tak wstawiony, że postanowiłem wracać do domu. Jednakże nie mogłem sobie odmówić najwspanialszego fast fooda o tej porze i w tej części Sheffield. Oczywiście udałem się do tego przybytku w którym nota bene pracuje jeden koleś który dwukrotnie mnie porządnie wyruchał w bramie. Do tej pory nie wiem jak ma na imię. Ale ruchał fajnie :) W imię jakiegoś Allaha, Buddy czy cholera wie czego jeszcze, arabusy kochają pieprzyc w tyłek a ja kocham fakt, że oni kochają pieprzyć w tyłek. Sami nadstawiają własne bardzo rzadko. Nie szkodzi :P

Po kebabie udałem się ponownie w stronę Dempsey's, gdyż tam najlepiej złapać taxi. No i znowu ktoś się do mnie doczepił. James – koleś absolutnie nie w moim typie – ale byłem tak wstawiony, że było mi wszystko jedno, zapytał jedynie dokąd jedziemy. Gdy w końcu udało mi się wybełkotać adres, taksówkarz ruszył a James dostawił się do mnie. Dziś, 3 dni później, aż dziw mnie bierze, że taksówkarz nie miał nic przeciwko, aby James obciągał mi w taxi ( to pamiętam!)

James prawdopodobnie przeruchał mnie na tyle dobrze, że udało mi się obudzić brata, który około 5-ej rano wstał i poprosił w – dajmy na to – delikatny sposób, abym zamknął ryja. Chyba musiało być mi dobrze? :P

Budzik zadzwonił o 10-ej – na 12-ą musiałem być w pracy. Zmęczony, z kacem gigantem otworzyłem jedno oko przekręcając głowę w jego kierunku

- O kurwa! Co ja nawyprawiałem? - przeszło mi przez głowę.

Miałem ochotę krzyczeć. To nie tak miało być. James obudził się chwilę potem i powiedział, że musi wracać do domu, bo żona go zabije.

- Mam nadzieję! - pomyślałem. - A jeśli potrzebuje pomocy.. niech da mi znać ;)



Jarku, wiesz.. Freddie miał rację, nie raz i nie dwa .. ale w tym przypadku się pomylił. Weź z Niego przykład. Miłość, uczucia, pragnienia.. nie odrzucaj tego! Nie odtrącaj!


poniedziałek, 29 września 2008

czwartek, 25 września 2008

Archgeolodzy są wskazani!

Ostatnia sobota.

Czułem się tak jakoś nijako. Sam nie wiedziałem, czy chcę gdzieś wyjść, czy zostać w domu. Po kilku godzinach spędzonych przed ekranem monitora, nadrabiając zaległości po urlopowe, w końcu postanowiłem, że jednak wychodzę.

Taksówka i 15 minut później byłem już w pracy, gdzie znajomi i przyjaciele szykowali się do wyjścia na imprezy. Kilka drinków, kilka piw i ze stanu nijakiego zrobił się stan typowo imprezowy. Wszyscy pytali o mój urlop i pobyt w Polsce. Odpowiedziałem im jak czułem.

W UK jestem ponad pięć lat, przy czym dwa razy byłem w ojczyźnie... co najmniej o dwa za dużo. Nic mnie tam nie ciągnie. Nie tęsknię. A jeśli chce się zobaczyć z rodziną to sam bookuję im bilety na przylot do mnie.

Jeżeli jest coś lub ktoś za kim i za czym tęsknię to przyjaciele i znajomi. Na szczęście w dzisiejszych czasach nie ma problemu z wysłaniem SMS'a czy meila. Nie wspominając o Skype czy innych komunikatorach. I jeśli mam tylko ochotę to zawsze mogę się z Nimi zobaczyć, pogadać itp.

Trzy lata od mojej ostatniej wizyty nic się nie zmieniło. Ba! Jest chyba nawet gorzej. Bieda i ubóstwo na każdym kroku, homofobia i totalny brak tolerancji, prawicowy rząd z przebłyskami, które i tak nic nie robią aby cokolwiek zmienić w tym kraju, M jak Magda, Plebania, Klan, Miodowe lata na Kiepskich skończywszy! Ja pierdole! Co za porażka!!! Ciągnie Ci się to niczym tasiemiec lub srajtaśma do dupy i jesteś szczęśliwy, że jakiś imbecyl (reżyser, scenarzysta) poruszył w końcu temat homoseksualizmu. A największą sensację wywołują celebrity popełniający coming out o których i tak od dawien dawna, wiadomo, że są gejami lub lesbijkami. Obłęd!

Ale jestem pod wrażeniem TV Puls – nie dość, że Simpsonowie to do tego Will & Grace. Wow!

Czy dożyję i doczekam czasów kiedy właśnie w mega katolickiej TV będzie można zobaczyć np.: L-word czy Queers as folk? Trzymam kciuki za to!

Znajomi i przyjaciele w końcu zdecydowali gdzie spędza tą noc, ja również. Jakoś nie miałem ochoty na ich towarzystwo. Nie miałem ochoty na żadne towarzystwo. Ulotniłem się szybciej niż przybyłem.

Od klubu do klubu, od baru do baru, przemierzałem utarte szlaki. Wszędzie ktoś znajomy. Trochę mnie to wkurza, że tak rzadko i sporadycznie można spotkać kogoś nowego. Affinity, The Quarter, Xes, IDentyty, aż w końcu Dempseys -największy burdel w Sheffield. A może nawet i w całym YorkShire? W tym ostatnim przeruchałem już chyba wszystko co się pojawiło i poruszyło...łącznie z DJ'em i jego kochankiem. Czy tej nocy będzie jakaś powtórka z rozrywki? Nie chcę! Potrzebuję jakiejś odmiany.

John, zobaczywszy mnie, odstawił decki i włączył autopilota i niczym roztrzęsiona ciota przyleciał do mnie w te pędy! Wymacał, wycałował i zaczął wypytywać co się ze mną działo jak mnie nie było.

Ja pierdole! Ja jestem przegięty, ale John bije mnie na głowę. Czasami mam wrażenie, że lubrykantu zamiast do dupy używa do nadgarstka. Bo ten ostatni chodzi mu wprost genialnie.

Udałem, że muszę się udać do toalety, w której jak zawsze można się dowiedzieć najnowszych newsów. Kto z kim? Gdzie? Jak? Dlaczego? Plotkary wprost kochają to miejsce, a dla rządnych sensacji kibel ten to prawdziwa mekka.

Mamy Oscary, Niedźwiadki, Fryderyki i cholera wie co jeszcze. Ja proponuję nagrodę „Strawberry Truskawkowe” dla najlepszej plotkary na świecie. Tutejsze, zawsze będą nominowane :P Nie zdążysz pierdnąć a już o tym będą gadać.

Stojąc nad umywalką, umyłem ręce już po raz siódmy, wysłuchując zaległości. Poza tym nie spieszyło mi się do John'a. Liczyłem, że ten, moja długą nieobecnością postanowi, że w końcu wróci za decki. Nie myliłem się. Unikałem go całą noc.

Ogólnie byłem jakiś opryskliwy, bezczelny i chamski do wszystkich. Chcąc kolejnego drinka strzelałem z palców na barmanów. Gdy któryś się przeginał i stawiał, ja się stawiałem i przeginałem bardziej. Na zasadzie: Nie podoba się? Tam są drzwi! Wypierdalać! Sam się obsłużę!

Po godzinie dali sobie spokój. Ja również. Zabawa w kotka i myszkę nikomu nie wyszła by w ostatecznym efekcie na dobre.

Za to jakiś gówniarz, pijany w 3 dekle i ledwo trzymający się na nogach, zamawiając colę przyległ do mnie i zaczął macać mnie po sutkach. Dodam, że byłem w przezroczystej czarnej koszuli i nie dało się nie zauważyć kolczyków w moich brodawkach, co nadal go nie tłumaczyło. Obczaiłem kolesia od góry do dołu i z powrotem po czym strzeliłem go w pysk z otwartej. Koleś zatoczył się. Próbował utrzymać równowagę, ale nie wiele to mu pomogło. Chwilę później leżał na glebie jak długi. Ludzie patrzyli na niego a on chyba wytrzeźwiał w tym momencie. Zrobił się purpurowy. Nie było chętnych aby pomóc mu wstać, więc sam podszedłem i podałem mu dłoń.

Gdy wstał usłyszałem: Przepraszam.

- Jeżeli jesteś pijany z własnej winy, to jesteś głupi, jeżeli ktoś Cię upił to również jesteś głupi. W każdym przypadku pamiętaj o konsekwencjach. - powiedziałem.- A następnym razem zapytaj, czy ktoś ma ochotę aby go macać. Bo tym razem skończyło się w naprawdę delikatny sposób. Pamiętaj o tym.

Odwróciłem się na pięcie i wróciłem do toalety w której jak zawsze plotom końca nie było. Oczywiście wszystkie plotkarskie oczęta, zaraz po wejściu zwróciły się w moją stronę a temat nagle ucichł.

- A buu! - Wybuchłem

Nagle kibel zrobił się puściuteńki a cioty wybiegły z krzykiem. Uśmiałem się do łez. Te bojące się własnego cienia cioty- plotkary o mało co nie posikały się w koronkowe stringi :P Ubaw po pachy!

Kilka minut później wróciłem do baru, gdzie czekała na mnie tequilla. Bez zająknięcia wypiłem do dna i poprosiłem o piwo.

Uwielbiam złotą tequillę, ale jedynie z cynamonem i pomarańczą. Wersja z solą i cytryną odpada! Dlatego wolę już wypić ją bez niczego.

Stałem przy barze i sączyłem piwo, gdy nagle wszedł On. Po wcześniejszym zdarzeniu wokół mnie było pusto, co bynajmniej nie robiło mi żadnego problemu. Podszedł do baru obok mnie i zamówił browar. Rozejrzał się znudzonym wzrokiem po całej sali po czym się odwrócił do baru i kontynuował picie piwa.

Na oko, jakieś 28-29 lat, 185 cm wzrostu, bardzo krótko ostrzyżony, cera śniada i mega zarośnięte i włochate ręce. Wszystko to podkreślała śnieżnobiała koszulka oraz niebieskie oczy.

Zwariowałem! Wiedziałem już co chcę robić tej nocy!

Od spojrzenia do spojrzenia. Często ukrywanego. Od uśmiechu do uśmiechu aż w końcu do rozmowy.

Liam, bo tak ma na imię pochodzi z Irlandii. Jego akcent rozwalał mnie na maxa. Wielokrotnie prosiłem aby powtórzył co powiedział. Jemu się to chyba również podobało. Obaj mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów, pogadanka rozwinęła się w poważna rozmowę, a poważna rozmowa w dyskusję na temat archeologii, którą studiuje.

Nie mam zielonego pojęcia na temat archeologii, bo ta kojarzy mi się jedynie z dziecięcą łopatką, pędzelkiem i kapeluszem a'la safari.

Po godzinnym wykładzie z dziedziny grzebania w piasku, w końcu sam zaproponowałem, czy jedziemy do mnie.?

Nie jestem tu po to aby wysłuchiwać o rodzajach skamieniałości, glebach czy cholera wie czym jeszcze. Wiedziałem czego chcę tej nocy i zamierzam to zdobyć.

Wyszliśmy z klubu, złapaliśmy taxi ( o dziwo w mega szybkim tempie o tej porze) i już siedząc w niej, Liam zastanawiał się co dalej z tą nocą począć. W końcu podjął decyzję ( z delikatną moją pomocą), że jedziemy do mnie.

Gdy podałem taksówkarzowi adres, Liam jedynie spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Nie wiedziałem o co mu chodzi.

20 minut później byliśmy u mnie.

Szybki, wspólny prysznic i znaleźliśmy się w łóżku.

Miałem wielu facetów w tym wyrku. Ba! Bardzo wielu, ale Liam rozwalił mnie! On nie chciał od razu wejść we mnie. Chciał się pieścić i całować. Co też czynił z namiętnością.

Od razu przewrócił mnie na brzuch a ja czułem każdy jego pocałunek na plecach, karku, pośladkach, aż w końcu zszedł do stup.

Jego język pomiędzy moimi palcami u stup rozpierdolił mnie maxylanie. Myślałem, że oszaleje! On nie przestawał! Jego język znalazł się w końcu we mnie.

- A teraz rób ze mną co chcesz – prawie wykrzyczałem.

Jednakże Jemu się absolutnie nie spieszyło, odwrócił mnie na plecy i cała zabawa zaczęła się od początku. Szyja, sutki, sutki, sutki, sutki, sutki.... pępek.. ponownie stopy, aż w końcu wziął go do ust.

Kilka sekund później wystrzeliłem. To nie na moje siły. Dawno nikt się tak mną nie zajął.

Odwrócił mnie ponownie na brzuch, tym razem trzymając za włosy i praktycznie bez uprzedzenia wszedł we mnie.

Jeżeli tak wygląda śmierć, to ja chcę takiej śmierci co najmniej kilka razy dziennie.

Przez dłuższą chwilę byłem w raju i nie miałem zielonego pojęcia co się ze mną dzieje. Do momentu kiedy nie przewrócił mnie na bok i rznął mnie nadal od tyłu.

Starałem się dojść do siebie, ale łatwe to nie było. Liam ruchał mnie, i pomimo nie największych rozmiarów Jego kutasa, doprowadzał mnie do szaleństwa. To dziwne, że 30 centymetrów przeraża i robi dobrze i że podobnie jest z 24 centymetrami. ( skala na oko)

Czy rozmiar ma znaczenie? Chyba nie?! Liczy się technika, sposób, wykonanie. Liam miał to opanowane w jednym .. hmm .. paluszku.

3 godziny później i kilka orgazmów za nami, spoceni jak dzikie świnie, Liam powiedział, że musi wracać do domu. Zapytałem czy zamówić mu taxi. A ten się jedynie uśmiechnął.

- Mam dwa przystanki tramwajowe od Ciebie. - odpowiedział w końcu. - Idę na piechotę. Będę w domu za 10 minut. Zadzwonię!


Zadzwonił 15 minut później.

Jutro mamy wspólną kolacje.

wtorek, 23 września 2008

Najpierw zdjąłem koszulę, później trochę tańczyłem... czułem się jak...

Od kilku dni dostaję jakies dziwne telefony i SMS'y. Wszelkie moje próby dodzwonienia się do tej osoby kończą się fiaskiem. Nie bardzo wiem co mam na ten temat mysleć.

Poza tym, czuję się jako tak dziwnie. Nie jest źle, ale dobrze też nie. Po urlopie bardzo się wyciszyłem, co zauważyli wszyscy moi znajomi i przyjaciele. Powiedział bym, że nawet zamknąłem się w sobie. Chyba było mi tego potrzeba.

Nie wolno!!!!!!

Czy kiedykolwiek , byliście pewni, że jesteście w stanie postawić na szali swoje własne życie? Życie w imię miłości, przyjaźni? Pewni w 100%? Czy Wasze związki ( krótsze- lub przede wszystkim te trwalsze ) kiedykolwiek graniczyły z cudem oddania swojego własnego życia w imię miłości lub przyjaźni? Czy gdyby okazało się, że Wasz facet/kobieta jest zakażony/zakażona to nadal byście byli razem? Jeśli już bylibyście to czy było by to z miłości czy z litości?

Jeśli w większości przypadków odpowiedź brzmi: Nie! Podpowiadam, nie wiele wiecie na temat życia i miłości. A zwłaszcza miłości. Choć ta ostatnia ma wiele imion i nie musi się kończyć w wyrku. Zatem poprzestańmy na miłości przyjacielskiej.

Znam Go od ponad roku. Osobiście od kilku tygodni. Zawrócił mi w głowie. Na tyle, że idzie zwariować. Na tyle, że nie mogę przestać o Nim myśleć.

Cały On!

Praktycznie od początku naszej znajomości wiedziałem, że jest chory. Nic to jednak nie zmieniło w naszych kontaktach. Wręcz przeciwnie. Mam wielu znajomych, kolegów i koleżanek, przyjaciół i przyjaciółek, którzy są chorzy. Jednakże On jest inny. Jest kimś bardzo ważnym dla mnie. Jest kimś ważnym w moim życiu. Bardzo ważnym!

Z każdą inną osobą obchodzę się jak z jajkiem.... z Nim nie! Mówię i piszę Mu co myślę. Jeśli mam Go za coś zjebać to Go zjebie. Jeśli jest coś co zasługuje na moją uwagę, On o tym wie.

Rzadko się modlę, rzadko o coś proszę, a jeśli już , to jest to spowodowane w imię jakiejś ekspansji. W imię czegoś bardzo ważnego lub kogoś ważnego dla mnie. Egoizm? Może?! Jako jeden z niewielu widział moje łzy, jeśli nie to może lepiej?

Napisał mi w SMS'e, że nigdy nie był za granicą, a ja bym chciał pokazać Mu tak wiele. I Hiszpanię, którą tak doskonale znam i Francję, a zwłaszcza Paryż, i Włochy i Mediolan. Mało tego, chciałbym odkrywać resztę świata. Z Nim!

Czy wymagam od życia i od siebie samego aż tak wiele?


Panie J, bardzo długo zastanawiałem się jaki kawałek będzie najlepszy. Oddający mój stan, jednocześnie oddający stan ducha jak i naszej przyjaźni. Przyjaźni cudownej i wspaniałej! Naszej miłości bezgranicznej z mojej strony.

daab - nie wolno nie ufac

Nie wolno Ci się poddawać! Nie pozwolę Ci na to! Pamietaj o tym!

poniedziałek, 22 września 2008

Donde vas?

Uwielbiam jak faceci jedzą mi z ręki – w dokładnym znaczeniu tego słowa :P Mało tego, ja sam uwielbiam jeść im z ręki :P

Podczas śniadania, przekomarzaliśmy się, czyje croissanty są lepsze. Wyszło na to, że zarówno Jego jak i moje są wprost idealne ;) Odpowiednia ilość dżemu, która w nieznaczny sposób pozostawała na palcach, ale, na tyle dużo aby było co z nich zlizywać, jedynie utwierdzała Nas w tym przekonaniu ;) Ja zjadłem Jego śniadanie, On moje. Po czym wspólnie oblizywaliśmy sobie paluszki – dajmy na to – nie specjalnie ubrudzone dżemikiem ;)

Po śniadaniu, Jose zapytał o moje plany na ten weekend.

Będąc w Madrycie nie wyobrażam sobie abym nie odwiedził El Rastro – jednego z największych bazarów w Hiszpanii, sceny ulicznej, dzielnicy dziwaków i oszołomów po tej stronie kontynentu! A jednocześnie punktu sztuki, wpływu innych kultur, miejsca spotkań półświatka, świrów wszelakich, ulicznych opryszków i drobnych złodziejaszków i tak na prawdę nie dostępnego dla przeciętnego szaraka na pierwszy rzut oka. Bo dla tych ostatnich to po prostu bazar! Dla tych wszystkich, którzy znają El Rastro to miejsce jest mekką. Jedyne i nie powtarzalne. Dla mnie również!

Będąc w Madrycie, nie wyobrażam sobie nie odwiedzenia jednego z najwspanialszych „Wermut Bar'u” w gejowskiej dzielnicy Madrytu - Chueca. Niby najczęściej odwiedzane przeze mnie miejsce , ale tak na prawdę nadal nie odkryte. Miejsce magiczne. Jedyne w swoim rodzaju. Blisko 50 klubów, barów i lokali branżowych na kilku ulicach. Każde inne. Każde z inną muzyką. Każde z inną klientelą.

Po 15-u minutach spaceru z Puerta del Sol znaleźliśmy się w końcu na Chueca. Byłem w stanie paść na kolana i ucałować to miejsce. Czułem się jak w domu. A raczej jak w dawno nie odwiedzanym domu. Na swoich śmieciach.

Nie przeszkadzało mi, że jak zawsze jakieś dzieciaki sprzedają haszysz, męskie prostytutki swoje ciało a nachalni tatuatorzy namawiają na odwieczny znaczek na ciele. I wszystko w cenie nie wyższej niż 10 euro! Nie skorzystam z niczego! Nie dziś! Może kiedyś?

Zapowiadało się tak nie winie. Mieliśmy iść jedynie na wermut. Skoczyć – na dosłownie – 5 minut do klubu i wracać.... Tiaaaaaa... O 6-ej nad ranem, Jose, starał się doprowadzić moje zwłoki do porządku a ja Jego. Nie pamiętam jak znaleźliśmy się w taksówce, a później w domu. Jedyne co pamiętam , to to, że Jose tej nocy rżnął mnie bez opamiętania, a ja nie miałem nic przeciwko.

Nie spałem tej nocy. Jose również. Ponownie pieprzyliśmy się jak króliki. O 10:30 pojechaliśmy na El Rastro , ale w moim stanie – bardzo mocno wskazujący (nadal!) - nawet flamenco w wykonaniu Drag Queeny nie zrobiło wrażenia.

O 14-ej byliśmy u rodziców Jose. Śniadanie graniczące z obiadem jak zawsze przeciągało się w nieskończoność... Jak zawsze milion pytań i zero odpowiedzi...Maria i Antonio zwariowali do końca. Wino, własnej, domowej roboty dwukrotnie przekraczało wszelkie celne i graniczne limity. Udało się. Nikt się nie przyczepił przy odprawie. Jose, z którym zabawiałem się podczas podróży na lotnisko nie wydawał się jakiś smutny. Czyżby Jego przygoda była na tyle znacząca, że zszedłem na drugi plan?

Cóż.... sam święty nie jestem...

Tymczasem delektuję się winem Antonio. Humor mam jakiś taki .... dziwny. A do samej Hiszpanii wracam szybciej niż mogło by mi się zdawać. I choć przyjaciele, przestrzegają mnie, że wrócę z niej przygnębiony i w nie najlepszym nastroju to i tak planów swoich nie zmienię.

środa, 17 września 2008

?DÓNDE VAS TAN SOLO Y TAN TARDE? QUE NO TE ACUERDAS DE NADIE, CUANDO VAS CERRAO, SOLITO POR LA CALLE, ?DÓNDE VAS? ?DÓNDE VAS?

Wkurza mnie moja własna niemoc. Brak zdecydowania. Ponoć lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, ale ja chcę i gołębia i wróbla. Jak jestem z jednym to myślę o drugim, jak jestem z tym drugim to nie sposób pozbyć się myśli o tym pierwszym. I tak w kółko.

W piątek po południu miałem lot do Madrytu. Dwie i pół godziny męczarni. Jak uwielbiam latać tak tym razem myślałem, że coś mnie strzeli. Z jednej strony bachor. Z drugiej strony bachor i na zmianę dawali czadu wydzierając japy ile wlezie. Nawet słuchawki na moich uszach nie pomagały.

Na szczęście było na co popatrzeć w samolocie. Steward imieniem Steve (przynajmniej tak wynikało z plakietki przypiętej do jego koszuli) jakoś nie miał nic przeciwko, gdy mrugnąłem do niego oczko w momencie kiedy podawał mi kawę. Wręcz przeciwnie. Odwzajemnił się tym samym. Przy toalecie zmierzyłem go dokładnie od góry do dołu i uśmiechnąłem się do niego w sposób wręcz pruderyjny i ponownie puściłem oczko. Chyba trochę się zaczerwienił na twarzy, ale nie przeszkadzało mu to aby później latać koło mnie jak bym był złotym jajkiem. Zaczepianie ludzi to moja specjalność. W tym jestem na prawdę dobry. O ile część pasażerów nie robiła na mnie większego wrażenia o tyle załoga samolotu jak najbardziej ;)

Lot się ciągnął w nieskończoność. Bachory darły japę nadal. Steve latał koło mnie i co chwila pytał czy czegoś nie potrzebuję. A ja potrzebowałem jedynie świętego spokoju.

W końcu wylądowaliśmy. Barajas. Lotnisko w Manchesterze może się schować. Jest malusieńkie w porównaniu do tego. Od mojej ostatniej wizyty tj. w maju, niewiele się zmieniło. Jak można było zabłądzić tak nadal można ;)

Odprawa i znalezienie bagażu nastąpiło nadzwyczaj szybko. Jose już na mnie czekał. Zostawiłem wszystko i podbiegłem do Niego rzucając mu się na szyję. Pocałował mnie tak mocno jak chyba nigdy wcześniej. Popatrzyłem w Jego oczy, ale on spuścił głowę. Nie pytałem o co chodzi. Będzie chciał to sam mi powie. Przytuliłem Go mocno i powiedziałem aby o nic się nie martwił. Że wszystko będzie dobrze. Staliśmy jeszcze jakąś chwilę wtuleni w siebie. Nic nie mówiliśmy. Wszelkie słowa były zbędne.

Dotarcie do samochodu zajęło nam blisko pół godziny.

-Dalej nie mogłeś zaparkować? - zapytałem z delikatną ironią.
-Spróbuj tu znaleźć jakiekolwiek wolne miejsce. - odpowiedział.

Byłem trochę zły. Może nie zły co podirytowany. Wrzeszczące bachory w samolocie. Dotarcie do samochodu. Jose ukrywający coś przede mną. Kurwa mać! Co jest grane?! To nie tak miało być!

Jose wiedział jak mnie rozwalić na łopatki. Gdy drzwi się zatrzasnęły za nami od razu włączył CD.



I rozwalił....

Usiadłem Mu na kolanach i zacząłem całować. Tak namiętnie i tak gorąco. Ponownie pragnąłem każdego kawałka Jego ciała. W tamtej chwili nic nie miało znaczenia... tylko On i ja. Chwilę później rozwalił mnie po raz drugi. Nie zdążyłem Go nawet porządnie dotknąć, gdy mokra plama na Jego spodniach przybierała w rozmiarach.

-Przepraszam. - powiedział.
-Nie masz za co przepraszać. To dla mnie najwspanialszy komplement. - odpowiedziałem.

W końcu zobaczyłem Jego uśmiech. Po raz pierwszy od przylotu. Za tym tak bardzo tęskniłem.

Jose chciał znaleźć toaletę aby się trochę ogarnąć, ale wybiłem Mu to z głowy. Wystarczająco dużo czasu spędziliśmy na lotnisku, a dotarcie do Jego domu to blisko godzinna podróż.

-Nie jedziemy jeszcze do mnie.- powiedział Jose. - Najpierw do rodziców. Nie wybaczyli by mi gdybym Cię do Nich nie zawiózł.
-Wiedziałem. - uśmiechnąłem się jedynie.

Ubóstwiam Marię i Antonio, rodziców Jose. Mimo podeszłego już wieku oboje są tacy.... normalni. Nie! Nie są normalni. Są nadzwyczajni. Ich podejście do życia, do innych osób, jest na wagę złota!

Maria stała cały czas w bramie wyczekując Nas. Gdy Nas zobaczyła skakała z radości jak nastolatka widząca swojego najukochańszego idola. Gdy w końcu Jose zatrzymał samochód na podjeździe a ja mogłem się wygramolić z niego, to Ta dopadła mnie. Myślałem, że mnie udusi. To było jedno z najwspanialszych „duszeń” w moim życiu. Nie chciałem wychodzić z Jej objęć.

-Mamo! Zostaw Go w spokoju! Jest po podróży i jest zmęczony! - wtrącił się Jose kilka minut później gdy Maria nadal nie wypuszczała mnie z objęć.
-Na pewno jesteś głodny. - podjęła temat Maria. - Coś zmizerniałeś. Ubyło Cię strasznie.
-Głodny co prawda jestem, ale ubytek mnie to moja własna zasługa. W końcu nie od parady przebiegałem kilkaset mil, starając się zrzucić zbędne kilogramy.
-Wyglądasz cudownie, ale kilka kilogramów więcej jeszcze nikomu nie zaszkodziły – odpowiedziała, udając się do kuchni.

Już wiedziałem, że ten wieczór należy do mega wyżery! Jose rozpalił grilla, Maria szalała w kuchni a ja dołożyłem do pieca rozpakowując zawartość swojego bagażu. Wiedziałem, że „wałówka” od mojej mamy, którą zabrałem z polski, a zwłaszcza pasztet i śliwki w occie domowej roboty powalą Ją z nóg. Nie myliłem się.

Wychodząc z kuchni do ogrodu Maria jedynie oblizała się i wytarła usta. Pasztetu jakimś dziwnym trafem ubyło.

Niech idzie Jej na zdrowie ;)

Kilka butelek wina i tuńczyka z grilla później zjawił się w końcu Antonio . Tym razem to ja rzuciłem się na Jego szyję. Na ratunek przyszedł ponownie Jose.

Rozmów i pogadanek końca nie było. Jak zawsze z Marią obgadywaliśmy Jose. Już się chyba do tego przyzwyczaił, bo nawet się nie czerwienił za bardzo. Co jedynie od czasu do czasu robił minę jak by się obraził, ale jeszcze szybciej mina ta ustępowała uśmiechowi.

Byłem już trochę zmęczony. Jose to zauważył i o 2-ej nad ranem zamówił taksówkę. Nie chciałem opuszczać tego miejsca, ale oczy same już mi się kleiły. Umówiliśmy się z rodzicami Jose na niedzielne śniadanie.

Przez kolejne 45 minut, które spędziliśmy w taksówce, Jose trzymał mnie mocno za rękę, ja położyłem głowę na Jego ramieniu. Było mi tak dobrze. Tak wspaniale. Zresztą jak zawsze, gdy jestem przy Nim. Musiałem chyba przysnąć, bo nawet nie wiedziałem, kiedy znaleźliśmy się na miejscu.

Ogród, jak zawsze zadbany. Nawet, można by powiedzieć, że z lekką przesadą. Jose miał problem z włożeniem klucza do dziurki. Po kilku minutach i wspólnych wysiłkach w końcu się udało. Centralnie z wejścia jest salon z wielkim stołem na 12 osób. Zawsze mnie zastanawiało, po co Jose taki wielki stół. Z salonu przechodzi się do kuchni w której jest kolejny wielki stół. (Czy to jakaś obsesja?). Następnie z kuchni można wyjść na tylni ogród i basen oraz garaż. Nie muszę chyba dodawać, że w ogrodzie stoi kolejny stół?

Jose latał jak opętany po całym domu.

-Jesteś głodny? Zjesz coś? - zapytał.
-Chyba żartujesz? Ja już się boję niedzielnego śniadania. Przecież wiesz doskonale, że Maria mnie nie wypuści jak z talerza wszystko nie zniknie. - uśmiechnąłem się do Niego.
-A może chcesz coś do picia? Jakiś drink? - ciągnął Jose.

Widziałem, że jest czymś zdenerwowany. Domowe wino Antonia krążyło w obiegu, ale poprosiłem o kolejną lampkę. Nalał mi wina a sam wziął szkocką.

Cały czas kręcił się z miejsca na miejsce. Przyglądałem się temu jakąś chwilę, aż w końcu nie wytrzymałem.

-Możesz usiąść? - zapytałem.
-Już. Jeszcze tylko...
-Nie! Zostaw wszystko. - nie dałem Mu dokończyć.

Usiadł obok mnie, ale wzrok nadal miał spuszczony. Wziąłem Jego twarz w swoje ręce i spojrzałem Mu głęboko w oczy.

-Co jest grane? - zapytałem
-Ja naprawdę nie wiedziałem co robię... To się po prostu stało.... Byłem pijany – wypalił jednym ciągiem Jose próbując się tłumaczyć.
-Ale co się stało? Powiesz mi wreszcie?
-No bo ja.. byłem z kimś.- wydusił w końcu z siebie.

Przytuliłem Go do siebie po czym ponownie spojrzałem Mu w oczy.

-Głuptasie! A Ty myślisz, że ja jestem święty? Nie musisz mi się z niczego tłumaczyć. Mam nadzieję, że było fajnie i że Ci się podobało. - starałem się być naprawdę poważny, ale Jose rozwalił mnie na maxa. Zakryłem twarz dłońmi, udając bardzo poważnego, ale w pewnym momencie nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem.
-Jesteś wariat! Wiesz o tym? - zapytałem. - I takim Cię kocham.

Z Jose jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki spadł cały ciężar. Wtulił się mocno we mnie i zaczął całować.

Zasnęliśmy w Jego sypialni przed 6-ą rano. Wcześniej kochaliśmy się – Nie! Nie można nazwać tego kochaniem się! To był dziki i wyuzdany sex! Rżnęliśmy się niczym króliki – na sofie w salonie, na schodach, w łazience, na przedpokoju, znowu w łazience, aż w końcu wylądowaliśmy w sypialni. Padłem z wycieńczenia. Jose zrobił mi jesień średniowiecza z dupy. Wtuliłem się w Niego i zasnąłem.

Obudziłem się przed 2-ą po południu. Łeb napierdalał. O dupie nie wspominam. Jose nie spał już od jakiegoś czasu, bo kawa była gotowa. Jak zawsze, nie zapomniał, jaką lubię. Zlazłem na dół do salonu a następnie do ogrodu. Jose wylegiwał się na leżaku przed basenem. Na stole w ogrodzie stała kawa, świeżutkie croissanty, dżem i duży dzbanek mleka. Czując się jak u siebie w domu od razu przylgnąłem do dzbanka z mlekiem. Gdy ubyła blisko połowa mleka poczułem ulgę. Dochodziłem do siebie. Zaczynałem rozpoznawać kolory i kształty. Jednakże, gdy skoczyłem do basenu odżyłem w stu procentach. Wziąłem głęboki oddech, zamknąłem oczy i usiadłem na dnie basenu. Zero jakichkolwiek dźwięków. Boska cisza. Kojąca moją psyche. Moje ciało. Moją udręczoną zbyt wieloma kieliszkami wina, duszę.

W pewnym momencie tę ciszę zburzył jakiś wielki hałas. Nie otwierałem oczu nadal, do momentu, gdy nie poczułem gorącego pocałunku na swoich ustach. Jose całował mnie namiętnie dzieląc się jednocześnie życiodajnym tlenem. Nadal się całując wypłynęliśmy na wierzch. Jose nie przestawał. A ja nie chciałem aby przestał. Podpłynęliśmy do schodków i tam przez kolejne kilkanaście minut Jose ruchał mnie jak przystało na prawdziwego ogiera. Gdy po raz drugi obaj doszliśmy do końca, padł na mnie i nie ruszał się przez dłuższą chwilę. Nadal był we mnie. Myślałem, że zwariuję.

W końcu wyszedł z basenu, podał mi dłoń, pomagając tym samym wyjść mnie również i owinął mnie ręcznikiem. Jakoś wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z faktu, że jesteśmy zupełnie nadzy. Jose wycierał mnie, ja Jego. Byłem gotowy zjeść wspólne śniadanie.