poniedziałek, 15 września 2008

I co z tego?

Nie boję się!

Każdy Jego pocałunek jedynie wzmagał we mnie pożądanie, i choć obaj wiedzieliśmy jak może to się skończyć – zwłaszcza dla mnie – nie przestawaliśmy. Egoizm? Chora fantazja? Upośledzony fetysz? Nie!!!

Co z tego, że jest zakażony? Co z tego, że przez kolejne pół roku nie będę mieć pewności? Co z tego, to i tak nie ma znaczenia!

Ostatnia noc w Polsce była najwspanialszą, i nie zasłużyłem na to. Przyjaciele którzy się zjawili w umówionym miejscu, byli ważni. Ale On najważniejszy. Ani pusta sala taneczna, ani reszta towarzystwa nie była w stanie przebić się przez Niego. Nawet bez najmniejszego dźwięku DJ'a byłbym w stanie się w Niego wtulić i zapomnieć o całym świecie. I tańczyć, i tańczyć, i tańczyć z Nim. Zapomnieć o własnych marzeniach, bo wiem, że Jego są ważniejsze! Zapomnieć o wszystkim i o wszystkich. On jest najważniejszy!

Przez kilka dni zastanawiałem się czy w ogóle cokolwiek o tym napisać. Ale On jest dla mnie zbyt ważny abym mógł to pominąć.

Pamiętasz Nasz ostatni taniec? Pamiętasz rozmowę po wyjściu z klubu? Nawet teraz, gdy zamykam oczy widzę Cię i słyszę każde Twe słowo. Powiedziałeś, że Ci nie zależy! Nie zależy na nim. Sądzę, że jest wręcz przeciwnie. Zależy Ci na nim i chcesz zwrócić na siebie uwagę! I masz rację! Bo jesteś warty tej uwagi. Chcę dla Ciebie jak najlepiej. Może czasem przesadzam i przeginam, ale taki już jestem. Nie musisz zwracać uwagi na siebie w moim przypadku, bo jesteś w moim sercu. I tak pozostanie na zawsze!

Powiedz mi proszę, jedno, co jest Twoim największym pragnieniem? Co jest Twoim marzeniem? Jeśli tylko będę mógł to spełnię je. Spełnię, bo chciałbym ponownie zobaczyć uśmiech na Twojej twarzy.

Tak jak wtedy!

wtorek, 9 września 2008

O dwóch takich co ukradły Smoka Wawelskiego

(Uwaga! Forma żeńska użyta nie bez przypadku!)

Sobota

Obudziłem się z kacem, przed 10-ą rano. A dokładniej to obudziła mnie mama, zbierając z podłogi wszystkie ciuchy i fatałaszki po ostatniej nocy.

-Dobrze się bawiłeś? - zapytała.
-Cudownie. Ale błagam! Nie tak głośno! Zaraz łeb mi rozerwie.
-Chcesz aspirynę?
-Aspirynę i bardzo mocną kawę. - odpowiedziałem.

Przyłożyłem głowę do poduszki. Tak strasznie nie chciało mi się wstawać. Gdy zamknąłem oczy nadal miałem przed sobą wczorajszą noc.

Kilka minut później, gdy kawa była gotowa, w końcu się podniosłem. Patrząc na jedno oko udałem się do łazienki, ogarnąć się jako-tako. W lusterko bałem się spojrzeć. Szybki, zimny prysznic, który na moment przyniósł ulgę, pozwolił mi zacząć myśleć. Dziś czekał mnie spęd rodzinny a później podróż do Krakowa.

Wszyscy wiedzieli, że muszę być dzisiaj w Krakowie, więc wspólny obiad – dla mnie śniadanie – był gotowy już na godzinę 13-ą. Zlazła się cała rodzina wypytując mnie o milion spraw, a ja jedynie błagałem w duchu: - Zostawcie mnie dziś w spokoju!

Udałem, że coś zjadłem i że muszę się już szykować do podróży. Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy (tak mi się wtedy wydawało!) i wybyłem z domu. Skwar, który panował na zewnątrz, ściął mnie z nóg. Ukrop i kac nie idą ze sobą w parze.

-Taaxxi! - darłem się chwilę później. Nawet nie w głowie było mi, poruszanie się komunikacją miejską w taki upał. Już sobie wyobrażam te wszystkie „cuudowne” zapachy. Na samą myśl zrobiło mi się nie dobrze. A do tego czas mnie naglił.

15 minut później już byłem na Dworcu Centralnym. Nie miałem za wiele czasu. Pociąg odjeżdżał o 14:55 a była 14:45. Stanąłem w gigantycznej kolejce, ale jeszcze szybciej z niej wyszedłem.

-Kupię bilet w pociągu u konduktora. - pomyślałem.

Pociąg spóźnił się 10 minut. Ale to dobrze, bo mogłem zakupić sobie dużą ilość napoi i kawę. Gdy w końcu przyjechał i gdy w końcu udało mi się do niego wbić, odszukałem przedział dla palących. Znalazłem. Na cały skład pociągu czyli 12 wagonów było „AŻ” 3 przedziały w drugiej klasie, gdzie można było zapalić. Wydaje mi się, że nałogowi palacze są po prostu dyskryminowani. Nie bierze się ich potrzeb pod uwagę za cholerę. :P

W przedziale w którym usiadłem, nie było nawet jednej osoby na której można by było ewentualnie zawiesić oko.

(„Mężczyźni myślą o seksie co 28 sekund. Oczywiście heterycy. Geje myślą o tym co 9 sekund” (Queer as Folk, odc. 1) )

Założyłem słuchawki na uszy i próbowałem przetrwać kolejne trzy godziny w pociągu. Upał nie dawał za wygraną. Ale przeciąg w pociągu powodował, że dało się wytrzymać.

W Krakowie byłem tak naprawdę raz, gdy wraz z moim ex występowaliśmy u Drzyzgi w Rozmowach, ale i to się nie liczy, bo zarówno z dworca do studia jak i z powrotem była taksówka.

O 18-ej byłem na miejscu. Nie pojechałem tam bez przyczyny. Po wielu latach znajomości internetowej, tysiącach godzin wspólnie przegadanych, prześmianych i wypłakanych miałem w końcu osobiście poznać Kicię.

Kicia, Kicisława – dama, artystka prawie estradowa, śpiewaczka uliczna, sceniczna, klubowa, Broadway'owa, Bollywood'zka i Hollywood'zka, córka Humoru i Rozrywki, znawczyni zabawy w dobrym smaku o delikatnej nucie oralno-analnej. Krótko mówiąc Paweł ;)

Z Kicią znamy się.. hm.. od wieków... nie jestem pewien, ale chyba już pierwsza dziesięciolatka minęła. Poznaliśmy się na chat'e Gejowo, który, dawno dawno temu przeżywał mega oblężenie każdego wieczora i nocy. Dziś niestety umarł śmiercią naturalną. Niestety.

Wysiadłem z pociągu i rozglądałem się po całym peronie, ale Jej nie ma. Nigdzie. SMS. Odpowiedź. 10 minut później byłem już pod Bramą Floriańską, gdzie się umówiliśmy. Musiałem poczekać kolejne 10, ale w końcu to dama, i to nie byle jaka. A jak to damy mają w zwyczaju tak i Ta się spóźniła.

Poznałem Ją od razu. Udałem focha odwracając głowę. Ona również. Udawany foch przeszedł nam szybciej niż przyszedł. Uśmiechnęliśmy się do siebie i wpadliśmy sobie w ramiona.

I się zaczęło. Plotom i plotkom końca nie było. Dwie najbardziej przegięte cioty siedzące na ławeczce pod Bramą Floriańską. Widok z pewnością cudowny zarówno dla tubylców jak i turystów. Ale kto by się tym przejmował. Obie byłyśmy w szale. W cudownych nastrojach. Pogoda wspaniała. Nic, tylko zdobywać Kraków tego dnia!

Kicia zaproponowała, że idziemy coś przekąsić, bo cały dzień nic nie jadła czekając na mnie. Ja, co prawda głodna nie byłam ale poszliśmy do węgierskiej knajpy, zwiedzając jednocześnie najważniejszą część Krakowa – Rynek, i boczne uliczki. Zupa rybna była niczym niebo w gębie. Kićka wie gdzie się stołować. Sama zamówiła sobie placka po węgiersku. Może nie zdaje sobie z tego sprawy, ale nie miała problemu aby zamówić danie używając formy żeńskiej. Cała Kicia. Siedziałyśmy i obgadywałyśmy wszystkich facetów, naszych ex, teraźniejszych. Gadałyśmy co w naszych życiach się dzieje, jakie mamy plany na przyszłość. O wszystkim.

Pomimo późnego wieczoru żar lał się z nieba, a z nas pot. Po wczesnej kolacji udałyśmy się ponownie w stronę Rynku. Kicia potrzebowała wyciągnąć gotówkę z bankomatu i wtedy przekonałem się po raz pierwszy, na własne oczy, jak bardzo Kicia jest zakręcona. A jest! Niczym domek ślimaka :P

Gdy w końcu udało się wypatrzyć odpowiedni bankomat, Ta zamiast podejść do bankomatu podeszła do budki telefonicznej i już miała wpychać kartę bankową do środka, gdy spojrzałem się na Nią z wymowna miną. Zajarzyła :) Uśmiałam się po pachy!

Kilka minut później już siedziałyśmy z piwem w ręku w jakimś ogródku piwnym na Rynku. W oddali słychać było Ewę Bem, która właśnie miała jakiś koncert. W międzyczasie wysłałam SMS'a do znajomego z Forum Gejowo, z którym miałam się spotkać. Umówiliśmy się około 9-ej w Labiryncie, który okazał się być Ciemnią. Nie spiesząc się, sączyłyśmy kolejne piwo z Kicią obgadując wszystkich w około.

Przed 9-tą zebrałyśmy swoje szanowne cztery litery i spacerkiem poszłyśmy w kierunku Ciemni. Byłam święcie przekonana, że to klub. Owszem to klub, ale z troszkę innymi przyjemnościami niż parkiet, DJ i dobre oświetlenie – bo tego ostatniego właściwie nie było :P

Barmana pokochałam od pierwszego wejrzenia. 100% mój typ.

-O kochaniutki! Ty to mógłbyś ze mną zrobić co zechcesz – pomyślałam i oddając torebkę do szatni mrugnęłam do niego oczkiem. On odwzajemnił się tym samym. Moją twarz pokryła delikatna purpura.

W tym czasie Kićka gdzieś mi znikła. No jak mogła mnie tak samą zostawić? Mnie? Turystkę w obcym mieście, w klubie w którym jestem po raz pierwszy. Samą jak palec, pozostawiając na pastwę losu, skazując mnie na te wszystkie niecne spojrzenia, spojrzenia ukradkiem. Stałam przy barze jak ta głupia pinda z piwem w ręku, które wcześniej zamówiłam. W końcu wysłałam do Niej SMS'a z pytaniem : gdzie się podziewa? A ta się nagle zjawia ni stąd ni z owąd, twierdząc, że siedziała cały czas z tyłu. Może i siedziała, ale dostrzec w tym przybytku uciech czyjąkolwiek twarz graniczy z cudem. Poprosiłam aby mnie oprowadziła, co uczyniła z ogromna ochotą. Po wejściu do pierwszej sali już wiedziałam co może mnie spotkać w kolejnych. Nie myliłam się.

-Na trzeźwo tego nie zniesę! Mam ochotę iść do klubu wybawić się, wyskakać, spocić i poromansować z tubylcami. - powiedziałam do siebie udając się w kierunku baru po kolejne piwo.

W międzyczasie, przyszedł mój znajomy, ale nie chciał zostać. My z Kicią musiałyśmy i tak czekać jeszcze na innych znajomych, więc umówiliśmy się, że jak tamci się zjawią to wyślemy do Niego SMS'a.

Kilka piw i tequlli później, gdy stałem przy barze po kolejne piwo okazało się, że dostanę je dopiero wtedy jak się rozbiorę. Nie zajarzyłam od razu. Ale rozejrzałam się wokół siebie i szybko zrozumiałam. Underwear Party / Naked Party.

-Kićka! Nie daruję Ci tego! - w mojej głowie nagle pojawiło się milion myśli, ale żadna nie przyszła mi z pomocą. - Co robić? - pomyślałam. I nagle totalna olewka. - Ja się nie rozbiorę? Kto jak kto? Ale ja nie mam nic przeciwko! Jak szaleć to na maxa! Jakiem Noaśka!

Moment później w samych majteczkach i butach stałam przy barze zamawiając kolejne tequille. Kićka i cała reszta towarzystwa w klubie niczym Jasie Wędrowniczki, przechadzali się to w tą to w tamą w poszukiwaniu „zdobyczy”. Sama długo też nie siedziałam. Zapewne panująca tam atmosfera jak i alkohol zrobiły swoje.

Przechadzając się dziwnym, ledwo oświetlonym labiryntem, dało się dostrzec, zarówno po prawej jak i lewej stronie kabiny. Niektóre zamknięte. W innych, w drzwiach stali jacyś kolesie nagabując. W jeszcze innych , nawet nie zamkniętych odbywały się orgie. Bez skrępowania. Bez zażenowania. Bez pardonu. Ostre ruchanie odchodziło w całym klubie.

Poszłam do sali kinowej na środku której kilku kolesi na zmianę rżnęło dwóch innych.

-Też tak chcę – i nie zdążyłam pomyśleć, gdy jakiś facet się do mnie dostawił.

Przeszliśmy za ściankę w której było kilka otworów ( to z pewnością dla tych perwersyjnych podglądaczy :P ), gdzie ten od razu zdjął mi gacie i zaczął obciągać. Było nawet całkiem fajnie. Rozochociłam się. Chciałam więcej. Zapytałam czy ma gumki. Kiwną głową. Jeszcze dla pewności sprawdziłam rączką – tak naprawdę chciałam poczuć go nie tylko w sobie ale w ręku również :P – i moment później już darłam mordę wniebogłosy. Koleś miał wała. Czułam jak mnie rozrywa, ale i tak tego chciałam. Nagle, nie wiadomo skąd zjawiła się Kicia, prosząc abym zamknęła się.

-Jak mam się zamknąć, skoro mi jest dobrze?

Kolo ruchał mnie, a ja byłam w siódmym niebie. Gdy wiedziałam, że prawie kończy, poprosiłam aby zlał mi się na tyłek. Lubię poczuć gorącą, lepką spermę na swoich pośladkach. Moment później moja dupa obciekała jego spermą. Nie było żadnego: „dziękuję”, „fajnie było” czy po prostu „pa”. Ja zrobiłam swoje, on swoje. Jeśli ktokolwiek zapytałby się mnie jak wyglądał, to nie miałabym zielonego pojęcia co odpowiedzieć. Wytarłam się i poszłam do toalety umyć się.

I znowu piwo i tequilla i już mogłam ponownie krążyć po całym labiryncie. Tym razem z którejś z kabin, koleś wręcz wciągnął mnie do siebie zamykając za mną kabinę.

-Ty brutalu! Z damą tak się nie postępuje. Ale już dobrze, dobrze. Zobaczmy co tam mamy. – powiedziałam, odciągając mu jednocześnie gumkę od majtek.
-No! No! No! To się zabawimy- uśmiechnęłam się.

W jego gaciach prężnie stał całkiem pokaźnych rozmiarów kutas. Czerwone światło w kabinie może nastroju nie wprowadzało, nie potrzebowałam nastroju, bo te miewam różniaste, ale mogłam sprawdzić z czym będę miała do czynienia tym razem ;)

Koleś zaczął wręcz wgryzać się w moją szyję jednocześnie pieszcząc mi kutasa. Ja pieściłam jego. I ponownie powtórka z rozrywki i pytanie czy ma gumy. Odpowiedział, że nie chce się rżnąć, a co jedynie ulżyć sobie ręcznie.

-Ależ proszę cię bardzo! Jak byś chciał mi obciągnąć to się nie krępuj. - powiedziałam trzepocząc rzęsami.

Wzajemnie trzepaliśmy sobie konie. On doszedł. Ja doszłam. Nic specjalnego. Sama bym sobie lepiej dogodziła.

Miałam już mocno w czubie, ale nigdzie mi się nie spieszyło. Poszłam do ciemni. Nagle kilkadziesiąt rąk, nie wiadomo skąd zaczęło mnie obmacywać. Poddałam się temu całkowicie. Było mi wszystko jedno, byłam napruta w trzy dupy. Kilka orgazmów później postanowiłam zapalić papierosa. Poszłam więc do sali barowej, gdzie spotkałam Kicię. Obie miałyśmy chyba już dosyć. Doszłyśmy do wniosku, że jedziemy do hotelu do Kici.

Wracając przeginałyśmy się całą drogę. Ja nawet przeszłam samą siebie, drąc mordę na całe gardło. Kici się to nie spodobało i strzeliła focha. W końcu jakoś udało mi się Ją udobruchać.

Kicia chciała iść na piechotę do hotelu, ale mnie nie w głowie było przechadzanie się po całym Krakowie, nie wiadomo gdzie. Zresztą, nogi odmawiały mi posłuszeństwa. W końcu, prawie całą noc spędziłam na stojąco :P

Pierwsza lepsza taksówka i kilkanaście minut później byłyśmy na miejscu. Szybki prysznic i spać. I choć w pokoju były cztery łóżka to ja miałam ochotę położyć się z Kicia, co też uczyniłam. Ta jednak wygoniła mnie. „Obrażona” poszłam spać do łóżka obok.

poniedziałek, 8 września 2008

Stan w Polsce, Jarek i Tomba-Tomba

Czwartek wieczorem i piątek

-Jak byłeś w toalecie to „to” przyniosła Twoja mama – powiedział Stan wręczając mi kilka prezerwatyw.
-Hi hi hi. Ta to zawsze odwali jakiś numer – uśmiałem się.
-Hmm. Ale to dobrze. Nie mogą się zmarnować – powiedział i uśmiechnął się do mnie.

Chwilę później obaj byliśmy już w wannie. Wanna, która kiedyś się wydawała ogromna, teraz jest niczym brodzik dziecięcy. Nasze wodne rozrabianie wymagało od Nas niemalże wyczynów akrobatycznych. Nie chcieliśmy się „męczyć” w ten sposób więc, czym prędzej udaliśmy się do mojego pokoju i do łóżka.

Tam mieliśmy większe pole do popisu. Stan zajął się mną, ja Nim. W tle grała jakaś muzyka, ale jestem święcie przekonany, że i tak wszystko było słychać za ścianą. Nie przejmowałem się tym ani trochę. Wszyscy i tak doskonale zdawali sobie sprawę z tego co wyprawia się w moim pokoju. Poza tym wszyscy jesteśmy dorośli.

Gumki się nie zmarnowały, a My wtuleni w siebie zasnęliśmy z uśmiechem na ustach.

Obudziłem się pierwszy. Patrzyłem na śpiącego jeszcze Stana i głaskałem Go po włosach. Młodziutki, niewinny, człowiek-anioł.
Co On robi ze mną? Taką starą dupą jak ja? Mógłby mieć każdego. Ale On woli mnie. Żebym chociaż był jakimś bożyszczem, ale ja jestem najzwyczajniej przeciętny. - pomyślałem.

Patrzyłem na Jego twarz, nadal głaskając Go po włosach i uszach. Wydawał się taki spokojny. Pocałowałem Go w oko. Przebudził się.

-Dzień dobry. - powiedziałem i uśmiechnąłem się do Niego.
-Dzień dobry – odpowiedział i pocałował mnie w usta.
-Wstajemy już czy chcesz jeszcze trochę poleżeć?
-Poleżeć i...? - zapytał.
-I... na przykład .. hm... - zacząłem poruszać brwiami znacząco, góra-dół, dół-góra.

Na efekty długo czekać nie musiałem. Stan wiedział co ma robić. :)

Pół godziny później braliśmy wspólny prysznic. Ta wanna tylko do tego się nadaje.

Szybkie śniadanie. I już byliśmy gotowi do wyjścia. Chciałem Mu pokazać jak najwięcej Warszawy, a czasu nie mieliśmy za wiele, bo o 17-ej Stan miał lot powrotny do Sheffield.

Nowy Świat, Starówka, Barbakan, Nowe Miasto i powrót przez Centrum i Łazienki Królewskie. Wszystko w przeciągu czterech godzin. Nie wiem czy pokazałem Mu wszystkie najważniejsze miejsca, ale w takim tempie to i tak cud, że udało mi się cokolwiek pokazać. Stan był zachwycony. I to najważniejsze. Chciałby tu kiedyś przyjechać na dłużej.

O 15-ej byliśmy z powrotem w domu. Stan był już spakowany więc, nie było problemów z bagażem. Co jedynie należało spakować jeszcze kosmetyki, ale to zajęło dosłownie minutę.
Zamówiona taksówka przyjechała na czas.

-Cieszę się, że Cię poznałam – powiedziała mama i przytuliła Go do siebie.
-Ja również się cieszę, że mogłem poznać rodziców Adama – powiedział Stan, gdy w końcu mama Go wypuściła z ramion a On sam nie był już aż tak bardzo skrępowany, ja tłumaczyłem.
-Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. - ciągnął Stan.
-Z pewnością. W czerwcu chcemy przyjechać do Sheffield – powiedziała mama.
-Zatem do zobaczenia.
-Przyjemnego lotu – wtrącił ojciec. – Szkoda, że tak krótko byłeś.
-Też żałuję, ale chciałbym tu kiedyś przyjechać na dłużej.
-Kochani! Niestety musimy uciekać. - powiedziałem. - samolot nie będzie czekał.
-Ok! Idziemy.

Chwilę później już byliśmy w taksówce. Czerniakowska, Wisłostrada, Żwirki i Wigury i 25 minut później byliśmy już na lotnisku. Odprawa już dawno się zaczęła, ale do jej zakończenia było jeszcze pół godziny. Wystarczająco dużo czasu aby napić się kawy i zapalić papierosa. Wcześniej Stan nadał bagaż.

Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, o tym, że już w czwartek się zobaczymy ponownie, o powrocie do pracy. Czas biegł nie ubłagalnie i nie zdążyliśmy się obejrzeć jak Stan musiał już udać się do odprawy paszportowej i celnej.

Zanim przeszedł odprawę przytuliłem Go mocno do siebie i pocałowałem w policzek. On mnie w usta i również przytulił. Jak każde pożegnanie tak i to było trudne, ale pocieszaliśmy się faktem, że już w czwartek będziemy mogli się zobaczyć.

Stan odleciał. Ja wróciłem do domu. Na wieczór byłem umówiony z Jarkiem.

Jarka poznałem blisko półtora roku temu. Zgłosił się do mnie z zamiarem współpracy i tworzenia GayRadio. Od samego początku pełen pasji i dobrych chęci. Wspaniały człowiek z którym przegadałem wiele godzin przez gadulca.

Niestety sielanka nie może trwać wiecznie i konflikty, które narastały – mogło by się wydawać w zgranym zespole – doprowadziły do tego, że wiele osób odeszło z radia. Wiele miesięcy później wszystko, na szczęście, się wyjaśniło, a my pogodziliśmy się.

Jarek odszedł do swojego radia założonego z innym prezenterem, który wcześniej również grał w GayRadio.

Odejście Jarka, spowodowało - przynajmniej takie mam wrażenie - że jeszcze bardziej się do siebie zbliżyliśmy, że mogliśmy pogadać na każdy temat, zarówno o rzeczach przyjemnych jak i tych ciążących nam na sercach. Że sobie zaufaliśmy. Czy to przyjaźń?

Kilka telefonów, SMS'ów, aż w końcu ustaliliśmy, że podjadę do Niego do domu a stamtąd pojedziemy do Tomba-Tomba. Około 22-ej byłem na miejscu, ale znalezienie Jego mieszkania okazało się nie do pokonania. Kolejne próby telefonów i SMS'ów spełzły na niczym.
-Jarku, mam nadzieje, że mnie nie wystawiłeś do wiatru? – pomyślałem.
Zrezygnowany szedłem już do taksówki, gdy nagle ktoś mnie zawołał. Nie był to Jarek. To był Roman, facet Jarka.

Weszliśmy na górę, i już po momencie mogłem podziwiać na własne oczy Tego przystojniaka. Żadne zdjęcie, które mi wcześniej przesłał, nie oddawało tego co mogłem podziwiać na żywo.

Drink i rozmowa sama przerodziła się w dyskusję. Zarówno Jarek jak i Roman to świetni kompanii do rozmów. Mógłbym z Nimi przegadać całą noc a tematów i tak by nie zabrakło. Czułem się świetnie w Ich towarzystwie.

Niestety, Tomba-Tomba też nie będzie specjalnie na Nas czekać. Około północy, byliśmy z Jarkiem w taxi zmierzającej do klubu. Roman nie dał się namówić.

Kilkanaście minut później, gdy w końcu udało nam się odnaleźć klub (obaj byliśmy tam po raz pierwszy), znaleźliśmy się przy barze. Wódka, tequilla i piwo wymieszane razem szybko dały o sobie znać. Nie potrafię stać przy barze i patrzeć się na tłum świetnie bawiących się ludzi. Chcę być tym tłumem. Poczuć chwilę radości, choćby ta miała by być tylko złudzeniem wywołanym alkoholem.

Jarek należy do osób bardzo nieśmiałych i wyciągnięcie Go najpierw na parkiet a następnie do klatki nie było łatwe. Ale ja łatwo też się nie poddaje :P No i ten mój cudowny dar przekonywania :P ( ah! Ta skromność!)

Oczywicie, ja również miewam swoje chwile słabości, i tak też się stało w klubie, ale o tym nie chcę pisać. Zawiodę również Wszystkich, którzy oczekują pikantnych szczegółów po spotkaniu z Jarkiem. Podpowiem. NIC ale to NIC się nie wydarzyło! Moja słabość wyszła na światło reflektorów i stroboskopów w zupełnie inny sposób. Ale o tym cicho sza!

Co prawda zarywałem jakiegoś blondyna ( a może to on mnie? Ale kto by wdawał się w takie szczegóły?), jak się później okazało mojego imiennika, ale nic z tego nie wyszło. Po pierwsze nie chciałem zostawiać Jarka samego a po drugie obiecałem sobie, że ten wieczór należy tylko i wyłącznie do Niego.

Mam nadzieję, że Jarek bawił się równie doskonale jak ja. Około 4-ej nad ranem postanowiliśmy wracać do domów. Zresztą Jarek musiał iść na 8-ą rano do pracy i zanim weszliśmy do klubu już Mu współczułem dnia następnego.

Taksówkarz odwiózł najpierw Jego. Pożegnaliśmy się. Mocno przytuliłem Jarka. Będzie mi Go strasznie brakować. Traktuję Go jak młodszego brata, a może nawet jak własnego syna. Bardzo bym chciał aby wrócił do GayRadio. Aby było tak jak kiedyś. I choć wiem, że poniekąd to niemożliwe, bo nigdy nie jest już tak samo, to żyję tą nadzieją. Ponadto chciałbym się z Nim raz jeszcze spotkać przed wyjazdem i liczę, że to się uda.

Wracałem do domu myśląc o minionej nocy.

Czy Jarek jest przyjacielem?


Jest!


środa, 3 września 2008

Koszyce

Środa i czwartek

Pobudka o 7-ej rano nie była już takim koszmarem jak dzień wcześniej. Może dlatego, że stosunkowo wcześnie położyłem się spać?

Poranny rytuał w postaci kawy i papierosa. Mama wiedząc, że uwielbiam Jacobs'a, zwłaszcza Kronung'a, zrobiła zapas przed moim przylotem. Uwielbiam jej delikatnie kwaskowy smak. A w połączeniu z kardamonem jest po prostu niczym ambrozja.

Szybki prysznic i już byłem gotowy. Jedynie ojciec zaczął się czepiać, że ledwo co przyjechałem a już gdzieś wybywam.

-Gdzie Cię niesie? - zapytał.
-Jadę do Koszyc. - odpowiedziałem jak bym miał jechać dwa przystanki autobusowe dalej po zakupy.
-Gdzie? - zapytał ponownie, jakby za pierwszym razem nie zrozumiał.
-Na Słowację, do Koszyc.
-No tam Cię jeszcze nie było?! Po co tam jedziesz i kiedy wrócisz? - zapytał.
-W tym sęk, że jeszcze mnie tam nie było dlatego czas i pora to nadrobić – odparłem. - Wracam jutro około południa. Aha.. no i nie wracam sam.
-A z kim? - ojciec starał się przeprowadzić wywiad środowiskowy.
-Jutro Go poznacie. Razem pracujemy. - powiedziałem.
-Czy tylko pracujecie ... razem? - wtrąciła się mama.
-Yyyy. Nie do końca – uśmiechnąłem się.

Mama wiedziała o co chodzi. Nie musiałem się tłumaczyć. Zamówiona wcześniej taksówka czekała już pod blokiem.

-Tylko uważaj na siebie. - powiedziała, gdy stałem już w progu drzwi.
-Będę. Obiecuję wrócić w jednym kawałku. - odpowiedziałem.

Chwilę później siedziałem już w taksówce, która wiozła mnie na Dworzec Centralny. Po 20 minutach byłem na miejscu. Stanąłem w kolejne bo bilety. Kupiłem Warszawa - Koszyce i dwa powrotne Koszyce – Warszawa. Ci faceci kiedyś mnie zrujnują. - pomyślałem.

Miałem jeszcze pół godziny do odjazdu pociągu, więc czas ten wykorzystałem na maxymalne na jaranie się papierosami. Po wypaleniu trzech jeden za drugim, zrobiło mi się nie dobrze. Chyba miałem dosyć na jakiś czas?

Dworzec od mojej ostatniej wizyty na nim wydawał się jakby trochę bardziej czystszy, jednakże złudzenie to prysło, gdy zszedłem na perony. Odór szczyn wydobywający się po prostu zewsząd nie pozwalał oddychać.

Na szczęście pociąg przyjechał 15 minut przed planowanym odjazdem i mogłem wsiąść do środka, gdzie powietrze wydawało się jakby ciut lepsze. Nie lubię pociągów InterCity jedynie dlatego, że najczęściej nie mają przedziałów tylko jeden wielki skład. A w przedziałach zawsze jest jakoś łatwiej zawiązać nowe znajomości i kontakty. Zapytałem przechodzącą obsługę pociągu w którym kierunku będziemy jechać i już się usadowiłem wygodnie w kierunku jazdy. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że w pociągu można palić w wyznaczonych miejscach.

-No to podróż nie będzie najgorsza – pomyślałem.

Wsadziłem słuchawki w uszy, wyciągnąłem komórkę i moment później sprawdzałem wiadomości, które wczoraj otrzymałem. Nie miałem na to wcześniej czasu.

Po trzech godzinach rozbolał mnie tyłek od siedzenia. Postanowiłem przejść się do wagonu restauracyjnego. Zresztą byłem bez śniadania więc żołądek dawał o sobie znać dopominając się co swoje. Wziąłem jakąś kanapkę i kawę. Kanapka była nawet świeża i zjadliwa o tyle kawa to najgorsze popłuczyny jakich dawno nie piłem. Nie dokończyłem. Nie mogłem i nie dałem rady. Wolałem zwykła wodę. Przed 16-ą byliśmy w Muszynie. Odprawa przebiegła sprawnie i szybko. Prawie nie zauważalnie. Gdyby nie celnik z psem, który poprosił o paszport lub dowód nawet bym nie wiedział, że to odprawa celna. 20 minut później już byłem w Plavec ( a może w Plavecach?). Kolejne 2 godziny ubiegły równie szybko jak kontrola graniczna.

10 minut przed planowanym przyjazdem byłem już w Koszycach. Stacja w Koszycach bardzo mi przypominała stację w Notthingham. Nie za duża. Zaledwie kilka peronów. Wejście główne zdobione ornamentami, poręcze przy schodach zdobione fikuśnie. Podobnie jak okienka kas biletowych. Stan czekał na mnie. Nie dało się Go nie zauważyć wśród tłumów wylewających się z i do pociągów.

Podszedł do mnie i podał mi rękę. Popatrzyłem na Niego.

-O nie! Koleżko śniegowy! Tak to My witać się nie będziemy! - pomyślałem i przytuliłem Go do siebie, następnie pocałowałem czule w usta. Nawet jeśli ktoś na Nas zwrócił uwagę to była to nieliczna grupka osób, którą absolutnie się nie przejąłem.

Stan rozejrzał się dokoła. Widziałem, że jest trochę zmieszany, ale po chwili sam do mnie przywarł i pocałował jeszcze mocniej.

-Jak podróż? - zapytał.
-W porządeczku! - odpowiedziałem. - Sądziłem, że będzie gorzej. Ale skoro można było palić to nie było najgorzej.
-Jedziemy prosto do mnie czy chcesz najpierw trochę pozwiedzać?
-Jeśli nie masz nic przeciwko wolałbym coś zwiedzić. W końcu jestem tu po raz pierwszy.
-Nie ma sprawy – odparł Stan.

Wychodząc z dworca wręcz wpada się w cudowny park. Jak się później okazało Park Miejski, który jest zabytkiem, a wszystko pod ochroną. Parkiem przeszliśmy wprost na stare miasto. Wszędzie było mnóstwo ludzi, z pewnością większość z nich stanowili turyści. Dało się usłyszeć tyle języków, od węgierskiego przez rosyjski na angielskim, niemieckim i polskim skończywszy. Zresztą co i rusz nazwy ulic wydawały się brzmieć z węgierska. Czyżby jakaś pozostałość po jakichś zaborach czy czymś w tym rodzaju? - pomyślałem. - Będę musiał to sprawdzić.

Starówka wydawała się zatrzymać w czasie, co najmniej kilka wieków temu. Tramwaje były połączeniem tramwajów z San Francisco i naszych polskich sprzed lat 70-ych. Bez drzwi, na zewnątrz z poręczą i specjalną podpórką na nogi biegnącą przez całą długość tramwaju.

Chyba cofnąłem się w czasie – przeszło mi przez myśl.

Pogoda dopisywała, słońce pomimo iż dawno zniżyło się do linii dachów budynków to i tak mocno przygrzewało. Stan zaproponował że zaprowadzi mnie na najlepsze lody ( zmrzlina) jakie jadłem w życiu. Mieszkałem przez jakiś czas z Mediolanie i względem lodów nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć – pomyślałem. Myliłem się. Lody pistacjowe, które wręcz ubóstwiam, i mogę je jeść tonami, a raczej pożerać, i które zamówiłem były naprawdę najlepszymi jakie jadłem w swoim życiu. Poza pistacją dało się wyczuć wanilię i śmietanę. Gęste. Nie za bardzo zmrożone. Po prostu idealne.

Przysiedliśmy na ławce. Ja z pistacją, Stan z truskawką w ręku.

-Och Ty moje strawberry truskawkowe! - powiedziałem po polsku i popatrzyłem na Stana, któremu lody spływały po kąciku ust.
-Nie jestem żadna truskawka – odpowiedział i udał obrażonego w najbardziej przegięty sposób. Było to najcudowniejsze przegięcie w Jego wykonaniu jakie do tej pory widziałem. Chwilę później już zlizywałem z Niego spływające lody. O ile wcześniej miał jakieś „ale” o tyle tym razem sam nadstawił usta.

Przechadzaliśmy się jeszcze uliczkami pełnymi knajpek, restauracyjek, galerii i innych sklepików z pamiątkami. Około 20-ej Stan zatrzymał taxi, które właśnie przejeżdżało.

-Nad jazerom. Ciernomorska 30 – powiedział Stan a taksówkarz ruszył w nieznanym mi kierunku.Po kwadransie znaleźliśmy się w dzielnicy pełnej domków jednorodzinnych otoczonych wypielęgnowanymi ogrodami, czasem z basenami, a nawet z domkiem na drzewie.

Gdy znaleźliśmy się pod numer 30 taksówkarz zatrzymał się. Przed nami stał biały, dwupiętrowy budynek, otoczony cudownym ogrodem pełnym kwitnących lilli, równiutko przystrzyżonym trawnikiem, grillem i ogrodowym stołem wraz z parasolem. Jakieś naczynia na stole świadczyły, że grill musiał mieć miejsce dość niedawno. Nie zdążyliśmy wyjść z taksówki, gdy cała rodzina Stana wyskoczyła z domu wraz z jej najmłodszym członkiem, 6-o letnim Gaborem. Zamiast podania dłoni , każdy przywitał mnie całusem w policzek. Nawet starszy brat Stana Ferenc.

Przez moją głowę przebiegła myśl co mógłbym zrobić z Ferencem – Ach! Ty zbereźniku! Daj sobie na wstrzymanie! - pomyślałem. Stan jest cholernie przystojnym facetem, ale Jego brat z buta mógłby wejść do agencji modeli i nie musiałby prosić o pracę. To agencje walczyły by o Niego.

Martina – mama Stanleya od razu podała kolację, nie pytając się czy jestem głodny. A głodny byłem jak jasny gwint. Kanapka w pociągu i lody ze Stanem to jednak nie to samo co gorący posiłek.

Moment później, wspólnie ze wszystkimi zajadałem domowej roboty makaron wraz z bryndzą i skwarkami. Boże! Jakież to było pyszne!

Siedząc wspólnie przy jednym stole, nikt nie zadał pytania co łączy mnie i Stana, każdy zdawał się być przeświadczony, że po prostu razem pracujemy , a ja Go odwiedzam. Nie wyprowadzałem Ich z błędu. Nie wiedziałem co Stan powiedział swojej rodzinie. Jedynie Ferenc spoglądał na mnie dziwnie, ale nic nie powiedział.

Podczas kolacji było mnóstwo żartów i dowcipów, a najwięcej z Gabora, który sam co i rusz powiedział coś z czego wszyscy się śmialiśmy. Pomimo kompletnej nieznajomości słowackiego to i tak rozumiałem co drugie słowo. To wystarczyło na zrozumienie żartów.

Po kolacji pomogłem Martinie, która poprosiła aby zwracać się do Niej po imieniu w pozmywaniu naczyń.

-Stan wiele mi o Tobie opowiadał – powiedziała po słowacku.
-Mam nadzieje, że jedynie dobre rzeczy – odpowiedziałem po polsku.
-Tylko! - odpowiedziała.

Rozumieliśmy się. Martina jest przecudowną osobą. W oczach której widzi się jedynie czułość i miłość. Przy Niej można się zatracić i powiedzieć największy sekret swojego życia.

Nie popełniłem tego. Nadal nie wiedziałem co Stan powiedział swojej rodzinie o mnie.

Obgadywaliśmy Stana jeszcze jakiś czas stojąc w kuchni i sącząc wino domowej roboty. Stałem tyłem do wejścia i nie wiedziałem, że tam stoi Stan.

-No ładnie. O mnie beze mnie – powiedział w końcu Stan.
-Ale.. my.. jedynie... - zacząłem się tłumaczyć i spojrzałem na Stana - .. obsmarowujemy Ci tyłek.

Martina i ja spojrzeliśmy na siebie i zaczęliśmy się śmiać.

-Wiedziałem. - Stan starał się nie przegiąć. Nie wyszło mu.
-Na górę! - już nie prosił, wręcz zażądał.

Chwilę później znalazłem się w Jego sypialni. Pokój na poddaszu ze ścianą spadową w której centralnie umieszczone było wielkie okno i balkon.

-Wow! - zawołałem – Wow! Nie wspominałeś mi, że masz za oknem tak cudowne widoki – powiedziałem patrząc się na wspaniałe jezioro, którego początku i końca widać nie było.
-Chcesz iść popływać? - zapytał
-Czy chcę? Jeśli tego nie zrobię uznam, że nie byłem w Koszycach. - odparłem
-Ok. Zaraz pójdziemy, ale najpierw chodź tu do mnie i przytul mnie – powiedział Stal wyłożony centralnie na wielkim łóżku.

Moment później leżałem wtulony w Stana całując Go namiętnie. Czułem się tak cudownie. Tak wspaniale. Chciałem aby ten moment trwał wiecznie. Jego język wiedział doskonale co zrobić aby doprowadzić mnie do szaleństwa. Doprowadził.

Pół godziny później znaleźliśmy się nad brzegiem jeziora, do którego dotarcie trwało pół minuty. Jezioro wydawało się jeszcze większe, niż z okna sypialni Stana.

Zdjęliśmy z siebie wszystko i zanurzyliśmy się w wodzie. Słońce musiało przygrzewać z całych sił przez cały dzień ponieważ woda była wręcz ciepła.

Wygłupialiśmy się przez dłuższą chwilę, przetapiając nawzajem, gdy nagle z ciemności wyłoniła się postać.

Bez skrupułów zdjął bieliznę i chwilę później już był w wodzie. Ani ja ani Stan nie mieliśmy pojęcia kto to może być. Oślepiało nas światło z domu. Do momentu aż nie podpłynął do nas. Ferenc nie miał żadnych problemów. Podpłynął do mnie , złapał mnie za twarz i zaczął całować.

-O kurwa! O ja pierdole! O kurwa mać! Czy to sen? - nie dowierzałem, że to się dzieje naprawdę. Ferenc nie przestawał mnie całować, wręcz przeciwnie, całował coraz bardziej namiętniej, a Stan zaczął się śmiać.

Stan podpłynął do nas i przyłączył się do zabawy. Zamknąłem oczy starając się zedrzeć z Nich koszulki których nie mieli już od dawna. Pieszczenie Ich języków, pochłanianie ich w całości wraz ze smakiem wody z jeziora spowodował, że więcej do szczęścia nie potrzebowałem.

Chwilę potem znaleźliśmy się na brzegu, nasze ciała pokryte były piaskiem, ale nikomu to nie przeszkadzało w kontynuowaniu pieszczot.

Ferenc coś chciał powiedzieć ale odpowiedziałem stanowczym : Shut up! Just fuck me!

Na efekty czekać nie musiałem długo. Kilka minut później znaleźliśmy się w sypialni Stana. Sam widok wspólnie zabawiających się braci doprowadził mnie na K2 bez trzymania za rękę.

Stan i Ferenc spojrzeli na siebie, po czym przylgneli do mnie.

-To nie może być prawda! Ja śnię! - pomyślałem. I tak mi się zdawało do momentu kiedy Ferenc bezpardonowo wszedł we mnie.
-O kurwa mać! - krzyknąłem. Ferenc zatkał mi usta. Nie na wiele się to zdało
-Wyjmij TO ze mnie! – darłem się – Wyjmij!!!!! - nie minęło pół minuty po czym powiedziałem : Nie wyjmuj!!!

Obudziłem się mocno wtulony w Stana. Stan spał w najlepsze. Głaskałem jego brwi i usta. Wiedziałem, że drażnię Go w dokładnie taki sam sposób jakbym miział Go piórkiem. Stan wymachiwał ręką. Na nie wiele się to zdało. Gdy zauważyłem, że się przebudza pocałowałem Go mocno w usta. Odwdzięczył się.

Śniadanie przebiegło nadzwyczaj spokojnie. Pomimo odwracania wzroku a to przez Ferenca a to Stana gdy na Nich spoglądałem. Jedynie Gabor i Martina jak zawsze uśmiechnięci żartowali. A ja z nimi.

Nie mieliśmy za wiele czasu ze Stanem, aby zdążyć na pociąg do Warszawy, który odjeżdżał za 90 minut. Zresztą taksówka już czekała na ulicy.

-Obiecaj, że tu wrócisz – dopominał się Ferenc, który wcześniej nic nie powiedział.
-Bardzo bym chciał. Bardziej niż Ci się wydaje. - odpowiedziałem.

Ferenc podszedł do mnie i objął z całych sił. Nie puszczał przez dłuższa chwilę. Ja również. Następnie podbiegł do mnie mały Gabor i rzucił się na szyję.

-Nie jedź! Możesz zostać tutaj! - tłumaczył mi Stan. Przytuliłem tego kochanego urwisa z całych sił po czym wylądowałem w objęciach Martiny.

-I hope U enjoyed last night – powiedziała mi na ucho po angielsku.
-More than U can imagine – odpowiedziałem. Po czym spojrzałem na Nią. W Jej oczach nadal był ten sam blask, który zobaczyłem wczoraj, gdy Ją po raz pierwszy zobaczyłem.

Matki mają jakiś czujnik. Wiedzą wszystko! Uściskała mnie z całych sił i już byliśmy ze Stanem w taxi która wiozła Nas na stację. Na tą samą stację na której kilka godzin temu wysiadałem i witałem się z Nim. Obejrzałem się za siebie. Na ulicy stali wszyscy. Przytuliłem się do Stana. On do mnie. Obaj nie chcieliśmy opuszczać tego miejsca. Miejsca w którym szczęścia i matczynej opieki było pod dostatkiem dla wszystkich.

Większość podróży do Warszawy przespaliśmy. Tj ja przespałem na ramieniu Stana. Sprawa odprawy wyglądała podobnie jak w przypadku podróży do Koszyc. Zaspany podałem paszport po czym wręczono mi go z powrotem. Obudziłem się w Krakowie. A dokładnie obudził mnie mój wrzeszczący żołądek. Razem ze Stanem poszliśmy po coś na zęba. I ponownie kanapka, lecz tym razem bez kawy. Nadal wolałem zwykła wodę.

Przed 18-a byliśmy w Warszawie. Stan był oszołomiony widokiem wieżowców. Spodziewał się, że jedzie do stolicy Polski ale to i tak Go przerosło. Uśmiechnąłem się do Niego i powiedziałem: - To dopiero początek :)

Zamówiona taksówka przez komórkę zjawiła się w przeciągu 5 minut. Wolę zamówić niż jechać z tą bandą złodziei spod dworca, którzy i tak krzywo patrzyli na kierowcę, który przyjechał po nas. Ten jednak zdawał się nie przejmować tym. I dobrze. 25 minut później znaleźliśmy się pod blokiem moich rodziców. Stan nadal nie dowierzał, że stolica Polski może być tak różnorodna. I co chwila wołał z podniecenia.

-A zobacz to! A zobacz tamto!.
-Stan. Ja znam to wszystko w taki sam sposób jak Ty Koszyce.

Chyba na chwilę mu przeszło , bo się uspokoił . Lecz nie na długo. Na zjeździe z Wisłostrady ponownie zawołał, ciesząc się niczym dziecko.

-Zobacz! Jaka wielka rzeka! - zawołał.
-Wisła – poinformowałem Go uśmiechając się w duchu.

Taksówkarz musiał chyba znać angielski, bo co i rusz się uśmiechał. Gdy w końcu wysiedliśmy z taxi i weszliśmy do bloku Stan zaczął swoje.

-Winda!
-Stan! Tak to jest winda. Jedziemy na czwarte piętro windą czy wolisz iść pieszo? - niczym dwulatkowi starałem się tłumaczyć i nie wyjść z równowagi.
-Jedziemy windą! - oświadczył podniecony.

Podróż na czwarte piętro trwała „aż” 10 sekund. Zadzwoniłem do drzwi, które otworzyła mi mama.

Podniecenie Stana jakby przygasło. Przestraszył się. W końcu dotarło do Niego, że jesteśmy w mieszkaniu moich rodziców.

Wiedząc, co za moment się stanie, od razu ukryłem twarz w rękach starając się nie parsknąć śmiechem.

Moja mama od razu podeszła do Stana i mocno Go przytuliła po czym odsunęła delikatnie od siebie i powiedziała.

-No kochaniutki! Pokaż mi się. Niech no ja sobie Ciebie obejrzę. - powiedziała i zaczęła Go obracać we wszystkie strony. - Hmmm... jakie fajne ciasteczko. Ale odwróć się Kochanieńki. O! I pupcia też niczego sobie. - ciągnęła mama. Po raz pierwszy w życiu widziałem Stana tak zawstydzonego i z taką purpurą na twarzy.
-Mamo! Przestań! Nie widzisz, jak zawstydziłaś Stana? - poprosiłem.
-A czego tu się wstydzić? Jak fajne ciacho to fajne i nie ma co ukrywać. Poza tym jest wśród swoich. Nikt mu tu krzywdy nie zrobi. - odpowiedziała.

Miałem wrażenie, że Stan za chwilę się rozpłacze. Wziąłem Go za rękę i zaprowadziłem do swojego pokoju. Nadal śmiałem się w duchu widząc Jego twarz.

-Chcesz wziąć kąpiel przed obiadem? A może kawa lub herbata? - zapytałem.
-Przydałby mi się zimny prysznic. Ale ja z tego pokoju już nie wyjdę – oświadczył bardzo poważnym tonem Stan.
-Ha! Ha! Ha! Wiedziałem, że tak będzie! – nie wytrzymałem i wybuchnąłem śmiechem.

Ciągle śmiejąc się przytuliłem Go do siebie. Chyba Mu przeszło, bo po chwili powiedział, że chciałby się odświeżyć i przebrać. 10 minut później był już gotowy. Przemogłem Go abyśmy wspólnie zjedli obiad. Udało się choć Stan był małomówny. Po obiedzie udaliśmy się z powrotem do mojego pokoju. Teraz siedzi i ogląda polską telewizję. Nie wiem czy coś z tego rozumie. Ale ja wiem jedno: Stan w przeciągu dwóch dni sprawił mi tyle przyjemności niż nie jeden inny facet w przeciągu tygodni, a nawet lat.

Jutro wylatuje do Sheffield. Mamy zatem nie wiele czasu dla siebie. Postaram się aby pobyt w Warszawie zapamiętał w najlepszy z możliwych sposobów.

Tymczasem idę się do Niego przytulić.

wtorek, 2 września 2008

Jako- tako

Spakowany. Gotowy do podróży. Przepakowywań końca nie było, ale w końcu się udało. Jedyne 14 kilogramów nadbagażu. Czyżby moje buty? - pomyślałem i dodałem sam do siebie – Pieprzyć!

Jakieś końcowe przygotowania do wylotu. Trochę paniki. W końcu w Polsce nie byłem ponad 3 lata. Nie spieszy mi się. Spodziewam się wszystkiego i niczego. Ale przede wszystkim gorszego.

Rodzice szaleją. Co pięć minut telefon aby się upewnić, że na pewno z bratem przylatujemy o danej porze i w danym dniu (sytuacja miała miejsce „jedynie” 8 razy!)

Za dziewiątym razem powiedziałem: Dość! Kurwa mać! Dość! - zlewałem totalnie wszystkie telefony i meile. Ileż razy można wałkować jedno i to samo w kółko?!

Wywędrowałem na basen, później na solarium. Dziś bez siłowni, Steve'a i sauny.

Nie spieszyłem się absolutnie nigdzie. Spacer do domu przez park wydał mi się najlepszą opcją aby dojść do siebie i nie myśleć o tym co może mnie spotkać w Polsce. Przysiadłem na ławce i myślałem o Jose, o Stanleyu, o swoim życiu i w ogóle o wszystkim i o niczym.

Po dłuższej chwili sam się zapytałem : - Czy czas i pora aby podjąć jakieś decyzje? Czy też lepiej wszystko pozostawić tak jak jest? - Odpowiedzi nie znalazłem. Żadnej!

Wróciłem do domu i padłem na pysk. Przespałem całe popołudnie.

Przebudziłem się przed 20-a. A dokładnie obudził mnie telefon. Trochę zaspany nie wiedziałem co się w okół mnie dzieje.

-Dzwonie, aby się upewnić, że na pewno przyjeżdżasz – powiedział Stan.
-Na 100%. Będę u Ciebie w środę – uśmiechnąłem się i pomyślałem : No, nie mogę! Kolejny zaczyna panikować.
-Nie mogę się już doczekać.
-Ja również, ale dzisiaj mam dziwne wrażenie, że wszyscy bardziej się przejmują moimi wakacjami niż ja sam. - powiedziałem.
-Co masz na myśli? - zapytał Stan.
-Od rana moi rodzice panikują, wydzwaniali cały dzień, i żeby chociaż jedna z rozmów przebiegła inaczej. Ale nie! Za każdym razem było wałkowanie w kółko tego samego. O której przylatujecie? Na które lotnisko? I takie tam bla bla bla. - zacząłem się żalić. - Ileż razy można?
-A czy mój telefon też Cię denerwuje? Bo wydajesz się jakiś nie swój – zapytał Stan.
-Nie! Absolutnie mnie nie denerwuje ani telefon od Ciebie ani już tym bardziej Ty! Po prostu wstałem przed momentem i jestem jeszcze zaspany.
-Zresztą, to przecież Twoi rodzice. Martwią się. Nie widzieli Cię kupę czasu. Nie dziw Im się. – Stan starał się mnie przekonać.
-Masz rację, jednakże enty telefon z tymi samymi pytaniami jest w stanie wyprowadzić z równowagi każdego.
-Jutro, jak przylecisz będzie po wszystkim. - powiedział Stan.
-Ee... dopiero się zacznie. Znam swoich rodziców nie od dzisiaj. - odpowiedziałem.

Stan zaczął się śmiać. W zeszłym tygodniu przechodził dokładnie to samo ze swoimi rodzicami. Wiedział jak się czuję.

-Zrobiłeś może grafik na ten czas jak Cię nie będzie w Sheffield? - zapytał Stan.
-Tak. Mam go nawet pod ręką. Dałem Ci dwa dni wolnego po przylocie do Sheffield. Zaczynasz pracę ósmego.
-Extra! A kiedy Ty wracasz?
-Miałem wracać 14-ego, ale przebookowałem bilet i będę w Sheffield już 12-ego. - odpowiedziałem.
-Czemu wracasz wcześniej?
-Bo i tak odchoruję tą podróż. A poza tym będziemy mogli się szybciej zobaczyć. No i 13-ego muszę być w Madrycie.
-Nie rób tego dla Mnie – poprosił Stan.
-Nie robię tego dla Ciebie Misiu, robię to dla siebie. Po powrocie nie poznasz mnie. Nie będę sobą. I nie ukrywam, że bardzo liczę na Ciebie.
-W Madrycie? Po co jedziesz do Madrytu. - Stan nagle zajarzył.
-Muszę załatwić pewną ważną sprawę.- odpowiedziałem. Nie chciałem się z niczego tłumaczyć.
-Aha. A kiedy wracasz?
-W poniedziałek 15-ego, a do pracy 17-ego.
-Najważniejsze, że już w środę się zobaczymy. Tak strasznie tęsknię – powiedział.
-I ja również nie mogę się doczekać.
-Zatem do zobaczenia w środę. - Stan chyba wyczuł, że dzisiaj nie przejdzie numer z przekomarzaniem się, kto pierwszy ma odłożyć słuchawkę.
-Do zobaczenia. Bardzo tęsknię. Buziaki.
-Buziaki. Pa.

Stan się rozłączył. W słuchawce dało się usłyszeć ciągły dźwięk. Cieszyłem się bardzo, że zadzwonił, jednakże, chyba nie dałem tego zbytnio po sobie poznać. Podszedłem do barku i nalałem sobie lampkę whisky.

Poszedłem spać bardzo późno, bo około 2-ej nad ranem, wdając się wcześniej w dyskusje na forum gejowo na temat bugchasingu. Osobiście nie jestem ani za ani przeciw. Jeśli ktoś ma ochotę na własne życzenie zarazić się wirusem HIV to jego problem, nie mój. Oczywiście, jestem zdania, że należy przestrzegać przed konsekwencjami tej formy fetyszu jednakże każdy jest kowalem swojego życia, a mnie się wpierdalać w cudze życie nie wolno. Nikomu nie wolno! Znam wiele osób zakażonych i chorych na Aids. Każdemu z nich bardzo współczuje, bo wiem, że nie zarazili z własnej woli a przez przypadek. Głupią nieuwagę i nieostrożność. I różnica pomiędzy bugchasingerami a osobami zakażonymi i chorymi na Aids nie z własnej woli jest taka, że tym drugim szczerze współczuje, a tych pierwszych jest mi po prostu żal.

Szybki prysznic i już musiałem spadać do wyra.

O 6-ej rano pobudka nie należała do przyjemności. Miałem wrażenie, że pobiję pierwszą napotkaną osobę, w tym przypadku brata. Jak ja nie znoszę wcześnie wstawać, a do tego wstawać niewyspanym.

Kawa, papieros i poranna toaleta. Taxi zamówione na 7-ą. Mam jeszcze chwilę czasu, więc sprawdzam jeszcze raz wszystko. Okna zamknięte. Zabezpieczenia w kontaktach włączone. Wszystko gra. Taxi się spóźnia 10 minut. Po zamknięciu drzwi, pukam do Nick'a – sąsiada i wręczam mu klucze. Będzie się opiekował mieszkaniem podczas naszej nieobecności.

Taxi na lotnisko, które znajduje się na obrzeżach Sheffield jedzie ponad godzinę. Mamy 20 minut do końca odprawy paszportowej. Idealnie w czasie. Jeszcze zdążyliśmy zapalić po papierosie i już musieliśmy biec do odprawy celnej. Czemu ludzie nie czytają lub nie dowiadują się co można a co nie można przewozić w bagażu podręcznym??? Dlaczego??? Mam czasami wrażenie, że niektórzy ludzie nadal żyją w czasach kamienia łupanego, tylko jakim cudem – baranie! - udało ci się zabookować bilet na ten lot i dlaczego właśnie na ten lot? Koleś przed nami wkurwił mnie niemiłosiernie! Co za imbecyl! Na biegu przepakowywał się dwa tysiące razy, a i tak większości rzeczy celnicy nie przepuścili. Suma summarum przez gostka lot opóźnił się 15 minut. Ale na tym koleś nie poprzestał, bo wiercił się po całym samolocie nie mogąc znaleźć sobie miejsca, aż w końcu stewardesa usadziła go grzecznie acz stanowczo. Czy tylko mnie przytrafiają się takie „przygody”?

Odjechałem na kolejne dwie i pół godziny. Kocham latać. Świadomość, że jestem w powietrzu, kilka tysięcy metrów nad ziemią, powoduje, że chce się żyć. Uczucie o milion razy lepsze niż po poppersie no i trwa cały lot :P Zawsze siadam przy oknie, ale nigdy na kołach. Gdyby ktoś starał się mnie przesadzić od okna to chyba bym oczy wydrapał! Nie ma takiej opcji.

Dwie i pół godziny minęło tak szybko. Ja chciałem jeszcze! Jak dziecko na karuzeli. Wysiadłem z samolotu jako jeden z ostatnich. Nie spieszyłem się. Wiedziałem czego mogę się spodziewać. Nie myliłem się. Pani w okienku odprawy celnej miała minę taką jak by ktoś właśnie zajebał jej psa i najlepiej aby nikt jej nie przeszkadzał w nic nierobieniu. Następne 45 minut to oczekiwanie na bagaże, które w końcu pojawiły się na taśmie. Godzinę po wylądowaniu udało się odnaleźć nasze.

-Ja chcę wracać! Teraz! Natychmiast! - zacząłem panikować jak najbardziej przegięta ciota.
-Nie pierdol! Idziemy. - powiedział brat.

Whatever! Niech się dzieje co ma się dziać. Chwilę później staliśmy wszyscy razem w objęciach rodziców. Łzy pociekły ze szczęścia. Samochód i 20 minut później byliśmy już na miejscu. Całą drogę było milion pytań. Brat starał się odpowiadać, ja siedziałem cicho. Patrzyłem przytulony do szyby to w niebo to w przemijające krajobrazy. Przez trzy lata wszystko się zmieniło nie do poznania. Ulice, a zwłaszcza Wisłostrada, którą nie jednej nocy wracałem pieszo z jakiejś imprezy czy z pracy. Mokotów. Czerniakowska. Wspomnienia wróciły. Zagryzłem zęby. W mieszkaniu krzątała się siostra przygotowując obiad, szwagier i siostrzenice. Wszyscy na nas napadli. Myślałem, że mnie uduszą.

Wszedłem do swojego pokoju, zamknąłem drzwi, usiadłem na łóżku i nie wytrzymałem. Wszystkie dobre i złe chwile i momenty powróciły. Wszystkie w tym samym momencie. Ryczałem jak dziecko, ale nie chciałem aby ktokolwiek to zauważył. Ktoś zapukał do drzwi – Za momencik będę gotowy – skłamałem. Nikt nie mógł mnie zobaczyć w takim stanie. 20 minut później, po wizycie w toalecie i przebraniu się usiadłem ze wszystkimi do stołu. Starałem się żartować i śmiać. Mama i tak wszystko zauważyła.

Po obiedzie przeprosiłem wszystkich, tłumacząc się zmęczeniem. Poszedłem do swojego pokoju. Chciałem być sam. Zamknąłem się w pokoju, w pokoju który miał tyle wspomnień. Skuliłem się na łóżku starając się nie myśleć o niczym. Kilka minut później weszła do mnie mama, łamiąc zasadę pukania. Podeszła do mnie. Usiadła na łóżku i przytuliła z całych sił. Nic nie musiałem mówić. Ona i tak wszystko wiedziała. Płakałem. Tak bardzo płakałem. Było mi tak wspaniale ale i tak źle jednocześnie.

Nie wiem kiedy zasnąłem. Było mi tego potrzeba. Przyjaciele i znajomi wydzwaniają co chwila. Wybaczcie kochani! Nie dziś! Dziś, dzień spędzam z rodziną.

poniedziałek, 1 września 2008

Just kiss me

W serialach telewizyjnych i filmach pelnometrażowych coraz więcej gejowskich scen. Poniżej najlepsze pocalunki w/g GayClic A.D 2007.

Gorąco polecam.


I'm not the only gay in the village

Sobota i niedziela

Nic nie sprawiało mi większej przyjemności po przebudzeniu jak fakt, że nie muszę się spieszyć do pracy, bo idę dopiero na 17-ą. Kac mnie męczył. Dupa bolała. Zwlokłem się ledwo żywy z wyra koło południa. Poczłapałem do łazienki i przestraszyłem się widoku w lustrze. Oczy podkrążone i zapuchnięte, cera wręcz szara, włosy już nawet nie w artystycznym ale koszmarnym nieładzie. Po prostu widok przerażający.

-O nie! Kochaniutki! Bierzesz się za siebie! I to natychmiast! - powiedziałem sam do siebie.

Szybki prysznic i już pół godziny później byłem na basenie i siłowni. Steve jak zawsze uśmiechnięty i w świetnej formie, starał dać mi się wycisk na siłowni. Skąd ten facet czerpie energię? Też tak chcę :) Uwielbiałem wszystkie te momenty, kiedy Steve stawał nad moją głową, gdy ja walczyłem ze sztangą. Jeszcze bardziej uwielbiałem gdy nie miał na sobie obcisłych leginsów a szerokie szorty. Wiedział, że sprawia mi to przyjemność i nie raz wręcz stawał okrakiem nad moja twarzą. Bądź mądry w takim momencie i skup się na ćwiczeniach?! ;)

Następnie solarium i sauna. Dwie godziny później czułem się jak nowo narodzony, choć wiedziałem, że katorgi, które zapodał mi Steve zakończą się zakwasami. Eh... czemuż próby, podkreślam, próby bycia pięknym są takie kosztowne i trzeba tyle wycierpieć? ;) Piękno zewnętrzne powinno być rozdawane za darmo na ulicach w formie ulotki :)

Nie spieszyłem się do domu. Dopiero za dwie godziny musiałem być w pracy. Po drodze postanowiłem odwiedzić swoją dobrą znajomą. I choć Karen jest właścicielką galerii, którą widać z okna mojego mieszkania to oboje wiecznie jesteśmy zalatani i zabiegani. Zazwyczaj jedynie machamy do siebie jak się zobaczymy gdzieś na ulicy. Karen nie miała nic przeciwko wyjściu na szybki brunch i kawę, no i oczywiście na najświeższe plotki ;) Kilka minut później już siedzieliśmy w kafejce obgadując wszystko i wszystkich a przede wszystkim facetów. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Jak zawsze w towarzystwie Karen nie można było się czuć źle. Ale jak to bywa w dobrym towarzystwie czas szybko płynie. Nie obejrzałem się nawet jak już musiałem pędzić do pracy.

W pracy byłem przed czasem. Na szczęście, bo czekała na mnie fajna niespodzianka w postaci trzech nowych barmanów. I o ile jeden był po prostu przeciętny, taki nijaki i w ogóle mało rozmowny to dwaj ostatni spowodowali, że otworzyłem szeroko usta i jeszcze szerzej oczy aby dokładnie im się przyjrzeć. Ale fajne mięska – pomyślałem i zatarłem rączki ;)

Lee – około 27-28 latek, farbowana na czerwono grzywa zakrywająca lewą część twarzy, dwa kolczyki w wardze, i choć do przesady szczupły to jego ręce były nie dość, że mega zarośnięte czarnym futrem to do tego pokryte wypracowanymi mięśniami i specyficznymi do tego żyłami. Boski widok!

Pete – około 30 lat, całkowicie łysy, wielki bysior, u którego każdy ruch powodował, że guziki koszuli o mało nie popękały odkrywając pięknie wyrzeźbioną klatę. I te jego, nieprawdopodobnie błękitne oczy, które wręcz hipnotyzowały.

Reesche zapoznał nas wszystkich ze sobą, przedstawiając ich po kolei. Widział, że zaraz zacznę się ślinić, zwłaszcza na widok Pete. Mrugnął jedynie do mnie okiem i uśmiechnął się.

-O nie! Moja droga koleżanko! Jeśli ktoś tu będzie próbował podchodów to będę to ja! I liczę na wyłączność :P – pomyślałem i zrobiłem do Reesche'go zawadiacką minę.

Chwilę później, w biurze, już z nim obgadywałem nowe nabytki. Reesche też miał ochotę na nich.

-Zostaw Pete w spokoju... ja się nim zajmę – powiedziałem w końcu.
-Ok, ok! Pete jest twój – powiedział.

Resztę popołudnia i wieczoru byłem rozkojarzony. W mojej głowie (kurcze, czemu tylko w głowie? :P ) siedział Pete. Nie mogłem oderwać od Niego oczu. Katie zapytała czy wszystko ze mną w porządku. Odpowiedziałem jej, że potrzebuję zimny prysznic, który doprowadzi mnie do porządku. Zachichotała, wiedziała co jest grane :)

Skończyłem pracę ( o ile można to tak nazwać? Obijałem się przez cały czas nie spuszczając z oczu Pete) około 11-ej. Zostałem na drinka. Katie zaproponowała wyjście do klubu. Odpowiedziałem, że pójdę jak Pete pójdzie. I tu Pete mnie rozwalił. Prosto z mostu powiedział, że ma już plany na ten wieczór i że jest umówiony ze swoim chłopakiem.

-Wiedziałem! Wiedziałem! Wiedziałem! Ciota! - powiedziałem głośno i zacząłem się śmiać. Ze mną Katie, Reesche, Clare i reszta towarzystwa. Spojrzałem na Lee, z którego miałem jeszcze większy ubaw, ponieważ, jego twarz pokryła się mega purpurą.
-Uuu lala! Nie jestem jedyną ciotą we wsi.( I'm not the only gay in the village!*) – nadal rozbawiony do granic możliwości powiedziałem do Lee.

I wszystko już było jasne. Lee nie potwierdził i nie zaprzeczył. Nie musiał. ;) Kolejne dwie cioty w pracy. Mam nadzieję, ze zagrzeją tu miejsce na dłużej.

Z wyjścia do klubu nic nie wyszło, ale może to i lepiej, bo ja nadal odczuwałem skutki tortur Steve'a. Któregoś dnia ja mu dam wycisk. W inny sposób :P Wróciłem do domu, przejrzałem pocztę itp. po czym położyłem się spać (jakoś, dziwnym trafem zużyte gumy nie chcą się same posprzątać :P Niech leżą – może powinienem zacząć je kolekcjonować? :P )

Niedzielny poranek sprawił, że aż chciało się żyć. Słońce za oknem przygrzewało ostro. Ani jednej chmurki. Samochodów i ludzi jak na lekarstwo. A ci którzy zdecydowali się na niedzielny spacer z dziećmi, nigdzie się nie spieszyli. Sam leniwie wylazłem z wyrka i zszedłem do kuchni. Dobra kawa i papieros na „dzień dobry” to coś czego mi teraz potrzeba – pomyślałem. Chwilę później usiadłem przy stole w kuchni pijąc kawę i paląc papierosa. Było mi tak fajnie. Dziś nic nie musiałem, nigdzie nie musiałem się spieszyć, mogłem leniuchować cały dzień. W końcu miałem wolną niedzielę.

Pół godziny później, po kawie, papierosie (kilku nawet) i porannej toalecie, zastanawiając się jak spędzić dzisiejszy dzień, usłyszałem telefon.

-Jeżeli to dzwonią z pracy, z prośbą abym dziś przyszedł, bo ktoś „zaniemógł”, to powiem im co mam do powiedzenia i pieprznę słuchawką. – zdenerwowałem się taką możliwością. Numer zastrzeżony.

Odebrałem. Przez chwilę nikt nic nie powiedział. Już chciałem się rozłączyć, sądząc, że to jakaś pomyłka, gdy usłyszałem w końcu głos osoby dzwoniącej.

-Cześć przystojniaku, nie mogłem się powstrzymać, aby do ciebie nie zadzwonić – powiedział Stan, a moje ciało w tym samym momencie przeszyło boskie mrowienie. Ciareczki, które tak uwielbiam i które za każdym razem sprawiają mnie w błogi stan.
-Wow! - wydusiłem w końcu z siebie. - Nawet nie wiesz jaką frajdę mi właśnie zrobiłeś – powiedziałem do Stana. - Jak wakacje? Jak w domu? Jaka pogoda? Dobrze się bawisz? Mam nadzieję, ze tak! No i jak przeżyłeś pierwszy w swoim życiu lot? - zasypałem Go pytaniami.
-Pogoda super, codziennie jestem na jakichś baletach, znajomi mi już żyć nie dają, tylko wyciągają na imprezy, ale nie narzekam. A lot był nawet bardzo fajny, gdyby nie to, że ponad 4 godziny spędziłem bez papierosa. Ale i tak wolę to niż 30 godzin w samochodzie. - odpowiadał po kolei Stan.
-To się cieszę, że urlop masz udany i mam nadzieję, że tak pozostanie do końca. Wracasz 5-ego do Sheffield? - zapytałem
-Tak.
-Stan.... Nadal chcesz abym przyjechał do Ciebie do Koszyc?
-A jak Ci się wydaje? - zapytał
-Mam nadzieję, że tak. - uśmiechnąłem się.
-I dobrze Ci się zdaje. Strasznie za Tobą tęsknie wariacie.
-Ja za Tobą również. Zatem będę 3-ego w Koszycach. Ale 4-ego wracasz ze mną do Polski? - upewniałem się.
-Oczywiście. Mam już zabookowany bilet z Warszawy.
-Nie mogę się już doczekać.
-Ja również. Tak bardzo tęsknię za Tobą – powiedział Stan.
-Ja bardziej – przekomarzałem się.
-Nie, bo ja bardziej.
-Chciałbyś. Bardziej niż ja się już nie da - zabawa w „przepychanki” trwała w dobre. - Prześlij mi SMS'em numer telefonu pod którym jesteś dostępny na Słowacji. - poprosiłem.
-Zrobię to za chwileczkę. - odpowiedział Stanley. - Będę powoli kończyć, choć tak bardzo nie chcę. Ale ta rozmowa i tak kosztuje mnie fortunę.
-Spokojnie. I tak przyćmiłeś dzisiejsze słońce w Sheffield. Nawet nie wiesz jaką mi zrobiłeś niespodziankę. Widzimy się w środę w Koszycach. - oznajmiłem.
-Będę czekał na Ciebie.
-Dobrze. Rozłącz się już, bo na serio ta rozmowa jest kosztowna.
-Ty pierwszy.
-Nie. Ty pierwszy – kolejna przepychanka słowna trwała w najlepsze.
-Nie. Ja zadzwoniłem. - powiedział Stan.
-Ale ja jestem starszy. - wypaliłem.
-Ok. Zróbmy to razem. Na trzy-cztery – zaproponował.
-Ok.
-Zatem trzyyyyy... czterryyyy... - nic to nie pomogło. Żaden się nie rozłączył. :)
-Mieliśmy się rozłączyć na trzy-cztery – śmiał się do słuchawki Stan.
-No właśnie.. mieliśmy. Jeszcze jedna próba? - również się uśmiechnąłem.
-Ok.
-Ok.
-Zatem próba numer dwa. Trzyyy.. czterryyy. - Historia się powtórzyła. Prób było jeszcze cztery. W końcu za szóstym podejściem się udało.

Przez kolejne kilka minut patrzyłem na telefon, uśmiechając się do siebie. Gdyby tylko Stan mógł wiedzieć jaką przyjemność właśnie mi sprawił. Całą niedzielę miałem doskonały humor. Miałem wrażenie, że jestem w stanie zrobić po prostu wszystko. Stan i telefon od Niego sprawił, że dostałem skrzydeł.

Późniejszy wypad na zakupy, przeglądanie milion butików w centrum handlowym, zakup kilku fatałaszków i milionowej pary butów, jedynie upewnił mnie w fakcie, ze ta niedziela jest cudowna. Po powrocie, wstąpiliśmy z bratem do wypożyczalni i wzięliśmy kilka filmów. Wieczór spędziłem z butelką wina, winogronami i serem pleśniowym. Przed północą byłem w łóżku. Gdy zamknąłem oczy zobaczyłem Stana.

-Dobranoc i do zobaczenia w środę – pomyślałem.



Drodzy czytelnicy, w związku z moim urlopem i wyjazdem na dwa tygodnie, istnieje możliwość, ze nic nie napiszę przez ten okres. Jednakże, po powrocie nadrobię wszelkie zaległości. Tymczasem miłej lektury. Ja muszę się jeszcze spakować. Buźka.

*)Daffyd - Little Britain